Çayırova Yarı Maratonu

Tym razem relacja z półmaratonu, który miałem przyjemność pobiec w Turcji, gdzie pracowałem prawie rok 🙂 Pobiegnięty co prawda w butach, ale… Kalenji Ekiden 50 z przebiegiem grubo ponad 1000 km to prawie jak sandały.

Nasz dziesięciomiesięczny pobyt w Turcji powoli dobiegał końca, a ja bardzo chciałem zaznaczyć go jeszcze jakimś biegowym akcentem. Co prawda przebiegłem z Azji do Europy podczas maratonu w Stambule, ale to było w październiku. Teraz był maj i wypadało znowu coś pobiec. Znalazłem kilka ciekawych imprez, jednak wszystkie odbywały się w znacznej odległości od naszego miejsca zamieszkania, co oznaczało całonocną podróż autobusem albo przelot samolotem. Biorąc pod uwagę nasz napięty harmonogram oraz bardzo napięty budżet, niezbyt odpowiadała mi taka opcja.

Wtedy natrafiłem na informację o półmaratonie, w leżącej jakieś pięćdziesiąt kilometrów na wschód od Stambułu, miejscowości o nazwie Cayirova. Termin w drugiej połowie maja pasował mi idealnie, lokalizacja również, więc pozostawało tylko się zarejestrować i skombinować dojazd.

Angielskojęzyczna wersja oficjalnej strony internetowej biegu miała pewne informacyjne braki, korzystając jednak ze szczątkowej znajomości Tureckiego i Google Translator udało mi się zarejestrować. Tutaj spotkało mnie pierwsze zaskoczenie – wpisowe. Start w biegu był całkowicie darmowy, co biorąc pod uwagę bogaty pakiet startowy i bardzo komercyjny charakter biegu, było niemałą niespodzianką.

Skoro już wspomniałem o pakiecie startowym to może kilka słów na jego temat. Każdy zawodnik otrzymywał przy odbiorze numeru startowego reklamówkę z materiałami reklamowymi na temat biegu, czapeczkę oraz koszulkę techniczną z logo biegu. Na mecie na każdego, kto zmieścił się w limicie czasu, czekał również pamiątkowy medal.

Jak już pisałem, bieg miał charakter komercyjny. Był reklamowany w mediach, miał własną, bardzo sympatyczną, maskotkę, a na starcie pojawili się również zawodnicy z Maroka, Kenii, Etiopii i Egiptu. W sumie w biegu wzięło udział ponad 500 osób, czyli całkiem sporo.

Ale do rzeczy. Teraz trzeba było skombinować dojazd. Turcja ma bardzo dobrze rozwiniętą sieć komunikacji autobusowej, aczkolwiek jest to system trochę chaotyczny i pozbawiony rozkładów jazdy. Niechcąc ryzykować spóźnienia, zapytałem o radę na Facebookowej stronie biegu i po raz kolejny doświadczyłem tureckiej pomocności i życzliwości. Pierwszy z pomocą zgłosił się sam dyrektor biegu, a za nim kolejne osoby chętne pomóc mi w dojeździe. Pojawiła się nawet propozycja, że mogę dojechać razem z zawodnikami lokalnego klubu sportowego. Ostatecznie umówiłem się ze znajomym, który również zdecydował się wziąć udział w biegu. Ja, moja narzeczona i nasz znajomy, mieliśmy pojechać samochodem na dworzec, a stamtąd już autobusem na miejsce zawodów.

Dzień zawodów rozpoczęliśmy od rozgrzewki, czyli pogoni za autobusem, który miał nas dowieźć do Cayirovej. Pięćdziesięciokilometrowa przejażdżka rozciągnęła się do 90 minut i nagle zrobiło się trochę późno. Zachowywaliśmy jednak iście turecki spokój. Kiedy w końcu dotarliśmy na miejsce, nie mieliśmy już problemów ze znalezieniem biura zawodów. Atmosfera biegowego święta była wszechobecna. Ulice udekorowane były kolorowymi proporczykami i plakatami biegu, a na starcie oprócz zawodników zjawiły się tłumy kibiców. Rzeczywiście czuło się, że miasto żyje biegiem, czego nie zawsze można powiedzieć o dużo większych imprezach.

Przy linii startu znajdowały się dwa osobne biura dla uczestników półmaratonu i biegu towarzyszącego na 10 km. W biurach panował oczywiście zgiełk i podekscytowanie, ale wolontariusze, których było naprawdę sporo szybko i sprawnie wydawali pakiety startowe.

Na start czekaliśmy w Cay Evi, czyli pijalni herbaty, znajdującej się dosłownie obok linii startu, a która przeistoczyła się w tymczasowe zaplecze zawodów. Jako yabanci (tur. obcokrajowiec) budziłem nieskrywane zainteresowanie wśród pozostałych zawodników, którzy każdą nadarzająca się okazję wykorzystywali do zagajenia przyjaznej rozmowy.

Było rano, ale upał już dawał się we znaki. Na szczęście organizatorzy zadbali o to, żeby dla nikogo nie zabrakło wody i już na starcie można było zaopatrzyć się w półlitrową butelkę wody. Warto zauważyć, że na wszystkich punktach odżywczych wodę rozdawano właśnie w butelkach, a nie w kubeczkach, co miało ogromne znaczenie przy temperaturze grubo przekraczającej 30*C.

Ja swoim zwyczajem usytuowałem się w tylnej części stawki i spokojnie czekałem na start. Słuchałem, jak znany mi już dyrektor zawodów, dziękuje kolejnym działaczom i osobom zaangażowanym w organizację biegu. Później zaczął wymieniać zawodników z Kenii, Maroka, Etiopii i Egiptu, a ja stałem spokojnie i bezmyślnie wpatrywałem się w otaczających mnie biegaczy. Nagle usłyszałem, jak z głośników padają słowa: „Pawel Ignac, Polonya!!!”, powtórzone po Turecku i Angielsku. Poproszono mnie, abym się pokazał, więc posłusznie wyskoczyłem na chwilę z tłumu i pomachałem. Tak oto stałem się reprezentantem kraju.

Po takim początku wiedziałem już, że bieg będzie udany. Odliczanie i start! Na początku było trochę ciasno, więc zaczęliśmy powoli. Miałem w pamięci profil trasy i wiedziałem, że będzie ciężko, ale czułem się silny i chciałem przyśpieszyć. Zbiegłem na bok i zacząłem wyprzedzać brzegiem ulicy. Na chodnikach stało mnóstwo klaszczących i wiwatujących kibiców. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. Po kilkuset metrach minęliśmy orkiestrę, która grała bojowe rytmy na wielkich bębnach. Czułem się, jakbym brał udział w jakimś naprawdę ważnym sportowym wydarzeniu.

Po chwili wybiegliśmy z centrum miasta na szerszą ulicę i zrobiło się luźniej. Praktycznie cały czas biegliśmy w słońcu, które świeciło coraz mocniej. Pierwsza połowa biegu to prawie ciągle podbieg, ale wiedziałem, że druga połowa będzie łatwiejsza. Na początku trzeba było się namęczyć – utrzymać dobre tempo, a jednocześnie nie wypalić się już na pierwszych kilometrach. Podbiegi nie były strome, ale bardzo długie i wyczerpujące. Wielu zawodników przechodziło w marsz, ale ja ciągle czułem w sobie dużo energii i parłem do przodu, wyprzedzając kolejnych biegaczy.

Trasa była od początku do końca świetnie oznaczona namalowanymi na asfalcie niebieskimi i czerwonymi liniami, po których biegło się jak po nitce. Ulice dodatkowo zabezpieczone były barierkami. Organizatorzy zadbali o odpowiednią ilość punktów odżywczych, na których do dyspozycji biegaczy była woda oraz mokre gąbki. Wodę piłem głównie z bidonu, który miałem ze sobą, a zawartość butelek wylewałem na siebie, jak zresztą większość zawodników.

Po 5 kilometrach dobiegliśmy do nawrotu, gdzie odbywał się również pomiar międzyczasów. Teraz czekała nas chwila wytchnienia w czasie zbiegania, ale po kolejnych paru kilometrach zawodnicy biegnący na 10 km biegli dalej w dół, a my skręcaliśmy i znowu zaczynał się długi i wyczerpujący podbieg.

Na trasie robiło się coraz luźniej, a odstępy pomiędzy kolejnymi zawodnikami zwiększały się. Aby utrzymać tempo i motywację wyznaczałem sobie cele: dogonić następnego i następnego zawodnika. Prawie od samego początku trzymałem się blisko krępego biegacza z tribalowym tatuażem na twarzy, a teraz za wszelką cenę nie mogłem pozwolić mu uciec. Było jednak coraz trudniej, a upał stawał się coraz gorszy.

Po jakimś czasie zobaczyłem biegnących z przeciwka liderów wyścigu. Z ich twarzy można było wyczytać, że im też upał daje się we znaki. Zastanawiałem się, jaką mam stratę i ile jeszcze do nawrotu. Jeszcze jeden podbieg. Jeszcze jeden zakręt. I jeszcze jeden…

W końcu jest. Teraz już z górki prawie do samej mety. Jestem zmęczony. Z góry pali bezlitośnie słońce. Od dołu czuję żar bijący od rozgrzanego asfaltu. Mimo to przyśpieszam. Jest runner’s high. Boję się, czy wytrzymam do końca, czy nie padnę przed metą.

Mijam zawodników, którzy wydawali mi się być poza zasięgiem. Kibice, których przybywa w miarę zbliżania się do mety i centrum miasta, dopingują. Biegacz z tatuażem zostaje w tyle. Ciągle w dół i ciągle szybciej.

W końcu wbiegam na chociaż trochę ocienione ulice wyłożone starą kostką brukową. Z oddali słyszę już jakąś wrzawę. Jeszcze krótki podbieg i widzę metę. Dyrektor zawodów trochę leniwie odczytuje nazwiska zawodników przekraczających końcową linię. Przez chwilę mi się przygląda, patrzy na numer startowy i zaczyna krzyczeć do mikrofonu: „Pawel Ignac, Polonya!!!”. Na chwilę przyciągam uwagę wszystkich kibiców. Przez chwilę czuję się jak prawdziwy sportowiec. A przecież mój czas to całkowite przeciętniactwo. Jeszcze wtedy nie wiedziałem dokładnie, jaki mam wynik, ale byłem pewien, że jest poniżej 1h50min. Moja życiówka i to na ciężkiej trasie w upale. Ostatecznie uplasowałem się w połowie stawki z czasem 1:48:45.

Kiedy schodziłem do pijalni herbaty, gdzie mieliśmy umówione miejsce spotkania, wszyscy się za mną oglądali, a kilka osób chciało zrobić sobie ze mną zdjęcie. Niepozorny bieg w Cayirovej zafundował mi przeżycia, jakich się zupełnie nie spodziewałem.
Advertisements

One thought on “Çayırova Yarı Maratonu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s