Masz czas…

„Wy macie zegarki, a my mamy czas”, takie słowa usłyszał Wojciech Cejrowski od jednego z napotkanych przez siebie Indian. Myślę, że zdanie to świetnie odzwierciedla styl naszego życia, w którym każda chwila jest dokładnie odmierzona, a każda czynność jest zaplanowana i ma z góry przewidzianą ilość poświęconego jej czasu. Żyjemy w czasach zabazgranych kalendarzy, przypomnień w komórkach i notatek na lodówce. Nie twierdzę że jest to dobre czy złe, ani nie zamierzam rozpływać się nad wyższością jednej kultury nad drugą, ale przywołane zdanie daje do myślenia również w kontekście „zgarminizowanego” biegania.

Od razu się przyznaję, że sam nie wychodzę pobiegać bez GPSowej smyczy, która uważnym okiem satelity śledzi każdy mój krok i odlicza każdy przebyty metr… prawie każdy. Z drugiej jednak strony, zgromadzone dane, które skrupulatnie odnotowuję w Excelowskich arkuszach nie służą mi do żadnych dogłębnych analiz mojego treningu. Po co więc w ogóle zaprzątać sobie tym głowę? Chyba tylko z głęboko zakorzenionej potrzeby systematyzowania wszystkiego, co się da. Tak więc dalej z uporem maniaka wpisuję w tabelki liczbę przebytych kilometrów z dokładnością do jednego miejsca po przecinku, średnie tempo, godzinę wyjścia i kilka dodatkowych uwag, aby na koniec tygodnia wszystko zsumować i po prostu wiedzieć. Jednak oprócz wyjątkowo dobrych i wyjątkowo słabych tygodni, dane te nie budzą we mnie żadnych szczególnych emocji. Ale może to dobrze. To taki „nasz” nawyk, ale mentalność już indiańska. Noszę zegarek, ale nie wiem, która jest godzina.

Z mieszanymi uczuciami obserwuję jednak biegaczy, którzy ochoczo wykorzystują wszystkie funkcje udostępniane im przez ich urządzenia pomiarowe. Planowanie treningu, interwały, alerty tempa, alerty dystansu itp. itd. Z jednej strony, trochę im zazdroszczę uporu i samozaparcia w dążeniu do poprawienia swojej życiówki na jakichś zawodach o puchar burmistrza. Z drugiej strony, trochę jest mi ich żal ponieważ mam wrażenie, że zatracili oni prawdziwą radość z biegania, zgubili się gdzieś na trasie pomiędzy tabliczkami oznaczającymi kolejne kilometry. Nie mówimy przecież o zawodnikach walczących o kwalifikację olimpijską, a o zwykłych truchtaczach, którzy po latach spędzonych za biurkiem i na kanapie przed telewizorem, pewnego dnia postanowili wstać i wyjść pobiegać. Jaka była ich, tzn. nasza motywacja? Chcieliśmy złamać 50 minut na dychę albo 4 godziny w maratonie? Nie wydaje mi się. Skąd więc w pewnym momencie nagle pojawia się taka potrzeba? Może jest to wrodzona chęć rywalizacji, a może po prostu motywacja, której na pewnym etapie zaczyna brakować. Dlaczego jednak bieganie samo w sobie przestaje sprawiać radość? Czy jeżeli nie będziecie co kilka miesięcy poprawiać swoich wyników o parę sekund, a na mecie osiedlowych zawodów nie zostaniecie mile połechtani pamiątkowym medalem, to rzucicie całe to bieganie w cholerę?

Parę dni temu miałem przyjemność znaleźć się wśród prawie czterystu biegaczy na starcie raciborskiego Biegu Bez Granic. Pomimo średnich warunków atmosferycznych pokonałem dyszkę w bardzo dobrym jak na mnie czasie – kiedy przekraczałem metę, zegar pokazywał coś koło 45 minut. „Coś koło” ponieważ oficjalnych wyników jeszcze nie i nie wiadomo, czy w ogóle się pojawią, za co biegacze nie pozostawiają na organizatorach suchej nitki… jakby w dniu zawodów deszczu było mało. A przecież chyba każdy z nas mierzy swój czas – stojąc na starcie, rozejrzyjcie się kiedyś wokół siebie, a zobaczycie, jak wszyscy trzymają rękę w pogotowiu, gotowi w każdej chwili włączyć stoper. Pytanie tylko czy włączyć go przy wystrzale, czy dopiero przekraczając linię startu? Dlaczego więc nawet na trasie bez atestu, gdzie pomiar dokonywany jest za pomocą zwykłego stopera i nie nosi żadnych znamion super dokładności, domagamy się tego potwierdzenia naszego wyniku? Dlaczego nasz czas jest nic nie wart dopóki nie pojawi się na internetowej stronie biegu (o ile takowa w ogóle istnieje) i w bazie wyników na Maratonach Polskich?

Oczywiście nie ma nic złego w mądrym treningu i poprawianiu życiówek. Skłamałbym mówiąc, że nie cieszę się, kiedy poprawiam swoje wyniki. Warto chyba jednak zastanowić się nad biegowymi priorytetami. Sam miałem w swojej „karierze” okres, kiedy tydzień w którym schodziłem z kilometrażem poniżej 70km uważałem za stracony, a dzisiaj mogę biegać 40km tygodniowo i cieszyć się za każdym razem, kiedy mogę wyjść pobiegać i nie patrzeć nerwowo na dystans i tempo. Zapewne odbywa się to kosztem mniejszego progresu, ale jest mi z tym dobrze. Czuję się lepiej, kiedy bieganie pomaga mi rozwiązywać problemy, a nie tworzy kolejne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s