Dlaczego tak rzadko można mnie spotkać na imprezach biegowych?

Zdecydowanie nie należę do grona biegaczy, którzy w każdy weekend zaliczają jakieś zawody. Dlaczego? Bo szkoda mi czasu i pieniędzy. Nie, to nie jest tak, że nie lubię startować w zawodach. Start w biegu to niesamowite przeżycie nawet dla takiego całkowicie przeciętnego truchtacza jak ja, a przy odpowiedniej dawce luzu można miło wspominać nawet te słabsze występy. Niestety, ale taki start wiąże się też z pewnymi konkretnymi wydatkami. 
Zazwyczaj trzeba na zawody dojechać kilka, kilkanaście, a może nawet kilkaset kilometrów. Jakiegokolwiek środka transportu byśmy nie wybrali, będzie to już jakiś koszt. Druga sprawa to wpisowe. Mało dzisiaj jest już zawodów za 20 albo 30 zł. Kiedy sobie to podliczymy to okaże się, że start przeciętnie kosztuje około 100-150zł. Mało? Dużo?

Dygresja na temat wysokości opłat startowych. Co jakiś czas na którymś z internetowych for biegowych wybuchu zażarta kłótnia o kasę. Biegacze wytykają organizatorom kosmiczne wpisowe, a organizatorzy zachęcają takich buńczucznych dyskutantów do zorganizowanie własnego biegu, który rzecz jasna winien być darmowy. Stłamszona prawda, jak to zwykle bywa, leży gdzieś po środku wdeptana w ziemię przez nacierające na siebie armie. Nie oczekuję, żeby start w zawodach był darmowy – koszty są przecież oczywiste, szczególnie kiedy mówimy o imprezach organizowanych przez grupę zapaleńców bez większego wsparcia z zewnątrz, ALE… Płacenie nieraz grubo ponad stówy za bieg, który ma sponsora w postaci jakiegoś gigantycznego koncernu, wielkiej firmy i jest sygnowany nazwą miasta (które w takim wypadku też powinno swoje dorzucić za reklamę albo przynajmniej nie przeszkadzać) to jakieś nieporozumienie. Na co konkretnie daje kasę taki sponsor? Wszystkie gadżety i upominki zewsząd oszpecone są jego logiem, więc chyba ja powinienem jeszcze dostać coś za reklamę, a tutaj psikus i okazuje się, że to ja dopłacam. Nie chcę winić orgów  bo oni są w tej sytuacji trochę między młotem a kowadłem, ale coś tutaj jest nie tak. A z drugiej strony mamy „biegaczy-obrońców”, którzy piszą, że jak się nie podoba to przecież biec nie trzeba. Jasne, że nie trzeba, ale później wszyscy piszą jaki to bieg był super i w ogóle niesamowite przeżycie i niech żałują ci, których nie było. No to żałują.
Koniec dygresji 😉

Druga spraw to czas. Na zawody trzeba dojechać, sam bieg też trwa, no i dobrze jest jeszcze później wrócić do domu. Zazwyczaj pół dnia schodzi na taką zabawę. Szczęśliwi co prawda czasu nie liczą, ale o tyle o ile sam bieg to czysta przyjemność to dojazd i oczekiwanie na start nie należą już do najbardziej porywających zajęć. Mógłbym w tym czasie przecież… dużo różnych rzeczy robić, a tak siedzę i gapię się na rozgrzewających się biegaczy. Mógłbym co prawda wmieszać się w tłum, zagadać tego i tamtego, bloga popromować, ale tak się składa, że jestem trochę aspołecznym typem i nici z socjalizowania się.

Nie chcę wyjść na malkontenta, ale kiedy sobie uświadamiam ile czasu i pieniędzy kosztuje mnie każdy start to zaczynam zastanawiać się czy warto. Mogę przecież ten sam dystans przebiec „u siebie”, nie płacąc żadnego wpisowego i nie martwiąc się o dojazd. A resztę czasu mogę poświęcić na inne zajęcia.

Jasne, że kiedy widzę w telewizji dziesięciotysięczny tłum biegaczy na Maratonie Warszawskim to żal serce ściska i myślę jak fajnie byłoby się z nimi poprzepychać. Gdy przeglądam „kalendarz biegów” na MaratonachPolskich to kursor aż sam wędruje nad link do rejestracji. Chciałoby się, ale trzeba zachować zdrowy rozsądek bo zaraz potem trzeba wchodzić na konto i robić przelew wpisowego.

Dlatego wybrzydzam i przebieram w biegach jak upierdliwy klient w salonie meblowym. Zapisuję się na te imprezy, które dobrze wspominam albo z którymi jestem jakoś związany emocjonalnie; imprezy oryginalne, które czymś mnie zaciekawią; imprezy, na które mam przygotowany konkretny plan – cel.

Dlatego liczba numerów startowych nie zwiększa się u mnie zbyt szybko, ale przecież takie samotne bieganie też ma swój urok, a każdy start ma wtedy w sobie coś ze święta, nie powszednieje i nie traci uroku.


Advertisements

One thought on “Dlaczego tak rzadko można mnie spotkać na imprezach biegowych?

  1. Mam już takie samo podejście do imprez.
    Już, ponieważ na początku biegania w imprezach (nie mylić z początkiem biegania) mocno wkręciłem się w zawody właśnie. Potrafiłem kilkanaście zawodów zaliczyć w roku i to mocno ostrożny szacunek.
    A potem mi przeszło. Zacząłem patrzeć na koszty dojazdu i pakietu, na to co z tego mam i na ogólny sens.
    Teraz patrzę na wyjątkowość imprezy – i wolę raczej kameralne imprezy/chociaż duże też tylko muszą mnie przekonać. Patrzę na dojazd – szkoda jechać daleko na krótki bieg. Patrzę na to, że po co mam płacić 50-200zł za bieg górski jak za darmo mam góry u siebie.
    A starty traktuje jako święto, jako ostateczny test wynikowy 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s