Butki niewidki

czyli Invisible Shoes Connect

Poniższa recenzja została opublikowana rok temu w serwisie TestyOutdoorowe, ale nie pojawiła się do tej pory na Heavy Runs Light. Przypominam ją akurat teraz ponieważ Xero Shoes (tak brzmi nowa nazwa Invisible Shoes) wprowadziło kilka innowacji oraz zupełnie nowy model, który mam nadzieję, że niedługo będę mógł przetestować. Zapraszam do lektury 🙂

Dzięki książce Christophera McDougalla „Born to Run” („Urodzeni biegacze”) ruch biegania naturalnego zaczął się rozwijać niezwykle dynamicznie, a producenci obuwia zasypują nas produktami w stylu barefoot (ang. boso stopy). Jeżeli mówimy o „tradycyjnych” butach twierdzenie, że są one barefoot, jest oczywiście pewnym nadużyciem. Zmniejszona różnica wysokości pomiędzy piętą a palcami, zmniejszona amortyzacja, zwiększona elastyczność – to wszystko cechy, które pozwolą nam lepiej pracować nad techniką biegu, ale z bieganiem na bosaka tak naprawdę niewiele mają wspólnego. Co innego sandały, o których za chwilę nieco więcej.

Na rynku jest kilka marek oferujących sandały w stylu Tarahumara. Dwie największe to Luna Sandals oraz Invisible Shoes (znane również od niedawna jako Xero Shoes). Ja osobiście wybrałem produkt Stevena Sashena, czyli Invisible Shoes. Dlaczego? Podstawowa kwestia to cena. Nie oszukujmy się, takie sandały to po prostu kawałek gumy i sznurek. Produkty konkurencji są droższe i według mnie trochę przekombinowane. Invisible Shoes oferują nam sandały już od niecałych 25$ i gwarancję na 5000 mil! Poczułem się przekonany. Poza tym, jeżeli mówimy o minimalizmie to bądźmy konsekwentni. Jeżeli zaczniemy do sandała dodawać różne paski, klamry, dodatki ze skóry to za chwilę wyjdzie nam z tego zwykły but minimalistyczny, a chcemy przecież prawdziwego barefoot feeling.

Ale zacznijmy od początku. Do wyboru mamy dwie podeszwy: Connect o grubości 4mm (która jest opisywana w tej recenzji) i Contact o grubości 6mm. Pierwsza w cenie 24,95$, a druga 29,95$. W obu przypadkach dostajemy podeszwę, którą musimy przyciąć do rozmiaru naszej stopy. Zaznaczyć należy, że kawałek gumy, który dostajemy nie jest prostokątny, a ma już nadany odpowiedni kształt, co zdecydowanie ułatwia sprawę i zmniesza ilość odpadków. Oczywiście możemy zamówić sobie sandały już przycięte dokładnie do rozmiarów naszej stopy, ale to kosztuje od 39,95$ do 44,95$. Jako że proces przycinania nie jest ani specjalnie skomplikowany ani czasochłonny to polecam tańszą opcję. Oprócz przycięcia gumy musimy zrobić również dziurę pomiędzy palcami, przez którą przeciągniemy sznurek. Jeżeli chodzi o sznurówki, to mamy do wyboru szeroką gamę kolorów. Na stronie producenta dostępne są również tzw. charms, którymi możemy przyozdobić nasze sandały.

Po założeniu sandałów od razu czuć… grunt pod nogami. Rzeczywiście czujemy się jakbyśmy byli boso, a ktoś przed nami rozwijał gumę. Stopa jest niczym nie skrępowana, a cieniutka i elastyczna podeszwa daje doskonałe czucie podłoża. Bądźcie przygotowani na to, że poczujecie każdy kamyczek i każdą nierówność na swojej drodze. Jednak to, co początkowo może być trochę bolesne, po pewnym czasie staje się całkiem przyjemne i przypomina masaż stóp.

Jedynym problemem może być wiązanie sandałów. Do wyboru mamy kilka stylów, a wszystkie są szczegółowo przedstawione na stronie internetowej producenta. Osobiście przez większość czasu korzystam z tak zwanego wiązania slip on/slip off, co oznacza, że mogę sandały wkładać i zakładać bez konieczności ich każdorazowego zawiązywania. Trochę czasu zajmuje odpowiednie dopasowanie długości i napięcia sznurków, a jedynym rozwiązaniem jest metoda prób i błędów. Sznurki nie mogą uciskać nam stopy, ale podeszwa nie może też być zbyt luźna, tzn. musi przylegać do stopy. Niemniej, po kilku próbach powinniśmy wyczuć odpowiedni „naciąg” sznurków.

Kolejna cecha warta uwagi i wyróżniająca Invisible Shoes na tle innych sandałów tego typu to dwie wypustki z dziurkami z boków podeszwy, przez które przeciągamy sznurki. Dzięki nim nie musimy robić dodatkowych dziurek, a boczne supły nie uciskają nam stopy. Moim zdaniem jest to rozwiązanie genialne w swojej prostocie i jeden z głównych powodów (oprócz ceny), dla których wybrałem właśnie Invisible Shoes.

Kilka słów o podeszwie. Została ona wykonana przez firmę Vibram na specjalne zamówienie Invisible Shoes i jak już wcześniej wspomniałem ma gwarancję na 5000 mil (czyli ponad 8000 km). Podeszwa posiada od spodu specyficzny bieżnik, który rzekomo ma w jakiś sposób nadawać dynamiki naszemu ruchowi. Nie wiem ile w tym jest prawdy, ale myślę, że musimy potraktować to z przymrużeniem oka. Kolejna istotna kwestia to przyczepność. Invisible Shoes spisywały się bardzo dobrze na każdej nawierzchni, z jaką miałem do czynienia. Możemy w nich biegać komfortowo zarówno po chodnikach, jak i w terenie. Co prawda nie biegałem w nich po oblodzonej drodze, ale na mokrej nawierzchni Invisible Shoes sprawują się lepiej, niż moglibyśmy się tego spodziewać. Sandały oczywiście nie gwarantują nam takiej przyczepności jak typowy but trailowy, jednak spisują się lepiej niż niejedna szosówka.

Mój pierwszy bieg w Invisible Shoes miał długość jakichś 400m. Jest to świetny produkt, jednak musimy być przygotowani na to, że nauka biegania – czy choćby chodzenia – w takich sandałach to długa droga. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że w jakiś sposób się nadwyrężymy, a uczucie sztywnych łydek będzie nam towarzyszyło przez pierwsze tygodnie użytkowania. Jeżeli nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z podobnym produktem, to nauka biegania w sandałach Tarahumara zajmie nam prawdopodobnie kilka miesięcy. Zwiększając jednak stopniowo pokonywany dystans oraz zachowując zdrowy rozsądek możemy dojść do punktu, kiedy będzie to nasz podstawowy „but”.

Dystanse jakie pokonywałem przez pierwsze tygodnie były naprawdę niewielkie, ale każde wyjście w Invisible Shoes dawało bardzo dużo satysfakcji, a zmiana stylu biegania była praktycznie natychmiast zauważalna.

 Invisible Shoes to jednak nie tylko bieganie, ale również turystyka i codzienne użytkowanie. W kontekście sandałów Tarahumara mówi się zazwyczaj o bieganiu, jednak muszę się przyznać, że w przeważającej części używam ich jako „obuwia” na wszelkie wycieczki i wyprawy oraz do codziennego użytku. Invisible Shoes nadają się świetnie do wypadów w dzicz, czyli wszelkiego rodzaju wycieczki w góry, do lasu itp., ale również do zwiedzania miast. Możemy dzięki nim poczuć klimat miasta na własnych stopach – asfalt, chodnik, kostka… toaleta publiczna na promie na Bosforze 😉 Jednak podobnie jak w przypadku biegania, chodzenie w takich sandałach wymaga wprawy. Dlatego, jeżeli jesteśmy początkującymi barefootowcami to miejmy zawsze w zanadrzu parę klasycznych kapci na zmianę.

Co w zimie? Biegałem w Invisible Shoes zimą, ale nie w śniegu. Wbrew pozorom stopa wcale nie marznie i możemy komfortowo biegać nawet w niskich temperaturach. Co innego chodzenie. Kiedy chodzimy stopa nie pracuje tak intensywnie jak przy bieganiu, przez co automatycznie jest nam zimniej. Krótko mówiąc, nie polecam do aktywności o małej intensywności.

Wady? Kupujemy produkt całkowicie minimalistyczny – kawałek gumy i sznurek. Ciężko w takim produkcie doszukiwać się jakichś wad. Mogłaby to być co najwyżej trwałość wykorzystanych materiałów, jednak w tym przypadku nie można mieć zastrzeżeń. Można oczywiście spierać się co do słuszności samej idei poruszania się boso, albo jak mówi Steven Sashen – boso plus (barefoot plus), jednak nie to jest tematem tej recenzji.

Podsumowując, należy powiedzieć, że Invisible Shoes jest to produkt świetny, ale produkt dla cierpliwych. Nie możemy ich od razu założyć i pójść w góry albo pobiec maraton. Poruszanie się w sandałach Tarahumara wymaga treningu – szczególnie pokonywanie wzniesień… w obu kierunkach 😉

Przez swój specyficzny charakter nie jest to też pewnie produkt dla każdego. Musimy sobie zadać pytanie – czy w ogóle chcemy bawić się w bieganie/chodzenie na bosaka? Na pewno możemy dzięki temu poprawić technikę biegu. Na pewno możemy poczuć, że jesteśmy bliżej natury. Na pewno możemy doświadczać miejsc w nowy sposób (powiedziałbym, że w nowym wymiarze). Jeżeli wam na tym zależy, to jest to produkt dla was. Jeżeli macie inne priorytety, to chyba lepiej wybrać coś innego.

Jest jeszcze jedna sprawa, o której zapomniałem napisać. Kiedy wyjdziecie w sandałach Tarahumara, bądźcie przygotowani na ciekawskie spojrzenia przechodniów. Kupując Invisible Shoes naprawdę nie spodziewałem się, że będą się one aż tak bardzo rzucać w oczy! Ludzie je zauważają, ale w większości wypadków jest to tylko zdrowa ciekawość 🙂

Invisible Shoes możecie znaleźć pod tymi adresami:
Reklamy

7 thoughts on “Butki niewidki

  1. Dzięki Paweł, za tą recenzję. Przymierzałem się do tych sandałów pod koniec lata, ale w końcu uznałem, że poczekam do przyszłego sezonu. Zakładam, że raczej będę ich używał po prostu do chodzenia, niż biegania więc jak sam napisałeś ciepła aura niezbędna.

  2. tak w kontrascie do minimalizmu – moze pokusisz sie o test buciorow w ktorych ja biegam – on running cloud model cloudsurfer ( mam troche zepsute plecy i kolanko ;/) – buciczki kochane moje dbaja bardzo o mnie – troszke ciezsze od przecietnych biegaczy jak np asicsy, ale zdaja egzamin ( w koncu szwajcarska robota z zaangazowaniem triatlonisty) – no jezeli wzbudzilam jakies zainteresowanie i chec przetestowania moich biegaczy pomagaczy – to jestem ciekawa opinii specjalisty znawcy. pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s