Śmierć długodystansowca

Jest ciepły wiosenny poranek. Słońce wstało przed chwilą i też dopiero się rozgrzewa. Smukłe promienie rozciągają mięśnie opierając się o drzewa. Jest sobota, więc większość sąsiadów włączyła dopiero drugą albo najwyżej trzecią drzemkę. Cisza. Buty same się wiążą i rwą do biegu. Wychodząc rzuca tylko: „wrócę za jakąś godzinkę, może półtorej”…

Piję kawę w jednej z niezliczonych wiedeńskich kawiarenek, a spod stolików przyglądają mi się kudłate koty. Cały dzień chodziliśmy po ZOO i przyjemnie jest sobie teraz tak posiedzieć. Nagle czuję wibrację telefonu w kieszeni. Tata. No hej, co słychać? Rafał nie żyje… W słuchawce cisza.

Cisza. Gazety piszą o dziurach w drodze, a telewizja w kółko wróży pogodę. Czyja to była wina? Nikt się nie zgłasza do odpowiedzi. Eksperci, znawcy tematu, nie pchają się przed kamery.

Kto zawinił? Na miejscu nie było karetki, nie było defibrylatora, nikt nie udzielił pomocy. Bo kto miał udzielić pomocy w środku pustego lasu? Chyba najwyżej jakiś zabłąkany biegacz, ale akurat żaden się nie napatoczył. Samotność długodystansowca.

To był mój kumpel. Może nie najbliższy, ale znaliśmy się od… Od zawsze. Nieraz też mijaliśmy się w biegu, na ścieżce, chociaż zazwyczaj biegliśmy w przeciwnych kierunkach. Nieraz zastanawiam się jak to było… leżeć tam, umierać. Może nie powinienem, ale zawsze kiedy w biegu mijam to miejsce, o niczym innym nie mogę myśleć. Hej, siema, biegniemy, biegniemy.

Boję się. Prawie za każdym razem gdy biegam, chociaż przez chwilę ta myśl przelatuje mi przez głowę. Śmierć długodystansowca. Gdzieś na pustkowiu, z dala od wszystkich. Ale nie zatrzymuję się. Dodaję gazu, pędzę ze wszystkich sił na oślep przed siebie bo goni mnie strach. A gdy mnie dopadnie to będzie koniec.

Mógłbym przecież zamknąć się na cztery spusty w sobie, ale czy wtedy bym się nie bał? Ja wolę biec. Nieważne co mnie napędza. Biec, uciekać. Byle nie dać się pożreć.

Stoisz na starcie. Jedna z wielu tysięcy kolorowych koszulek. Odliczanie, strzał. Biegniecie. Jak jedno ciało, a każdy z was to mięsień. Każdy się rozciąga, napręża i kurczy. Nieważne czy to debiut czy biegniesz po życiówkę, czy męczy cię kolka, czy śmiejesz się z kumplami. Biegniecie. Krok, krok, oddech. Krok, krok, oddech. Meta. Koniec.

Rozumiesz? Koniec! Ja nie rozumiem i dlatego się boję. Nie potrzebuję jednak rozkładania mety na czynniki pierwsze, wyjaśnień, usprawiedliwień, dobrych rad. Ja wolę uciec. Biegnę. Sam przecież wiem, że skoro wystartowałem to gdzieś będzie koniec. Jaki jest twój ulubiony dystans? Szybka piątka, połówka, królewski maraton, a może ultra?

Wyobraź sobie taki bieg – bez profilu trasy, bez wpisowego, bez dystansu i bez limitu czasu. Odbierasz swój pakiet i ruszasz na trasę. Nie wiesz co cię czeka, nie wiesz czy będą punkty odżywcze ani co na nich, nie wiesz gdzie jest meta. I chociaż ledwo wdrapujesz się na kolejny podbieg i głową przebijasz ściany, a wyschnięty bukłak żałośnie zwisa na plecach to modlisz się, żeby za zakrętem nie było mety. Chociaż jeszcze jeden, przynajmniej jeden kilometr.

Umarł jedząc chipsy przed telewizorem. Tak fajnie byłoby móc przedstawić na kolorowym wykresie ile osób bieganie zabiło, a ilu uratowało życie. Zresztą, nieważne. Za chwilę i tak temat się wyczerpie. Jeszcze kilka opinii ekspertów i znowu o nas zapomną. Na szczęście.

Znowu biegnę pustą ściężką przez las. Te same drzewa, te same kamienie. Wszystko zawsze jest takie samo, niewzruszone. Zwalniam, rzucam okiem na ułożony z kamieni krzyż i podnoszę rękę do zdjęcia, na którym dopiero co przebiegł maraton. Siema, biegniemy, biegniemy.
Reklamy

2 myśli na temat “Śmierć długodystansowca

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s