Głową w mur

czyli jak umysł podstawia nam nogę

Mocna głowa. To chyba jedyna rzecz, która łączy bieganie i picie alkoholu. Do obu tych rzeczy potrzebna jest mocna głowa. Chociaż może w trochę innym rozumieniu 😉 Ale każdy z nas wie przecież, że w bieganiu tak samo ważna jak siła mięśni jest siła umysłu. Wątpliwości, negatywne myśli, wypaczony wizerunek siebie i innych… Wszystko to może skutecznie zablokować nasze postępy i odebrać przyjemność z biegania. Nie wstydzę się przyznać, że w moim przypadku głowa to również jeden z większych biegowych problemów i bywają takie momenty, kiedy trening to wysiłek bardziej mentalny niż fizyczny. Bo głowę też można i należy trenować.

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie lektura artykułu Best Mental Roadblocks on the Run w Runner’s World, gdzie autor w ciekawy sposób zdiagnozował kilka najpopularniejszych problemów. A ja chciałbym odnieść się do nich z mojej perspektywy i opowiedzieć o moich biegowych fobiach 😉

Always look on the bright side

Kryzys i zwątpienie, które potrafi zatrzymać w miejscu, całkowicie odciąć dopływ energii. Zdarza mi się zarówno na treningu jak i na zawodach. Chociaż w moim przypadku o dziwo częściej na treningu, kiedy przecież powinienem biegać na całkowitym luzie. Nie dam rady, nie mam już siły, za daleko, za wolno… i tak w kółko. Ale nie dlatego, że mięśnie pracują już na oparach, tylko dlatego, że umysł płata figle. Jeżeli jednak bieganie czegoś mnie nauczyło to tego, że skoro umysł może wypaczać rzeczywistość w negatywny sposób to pozytywne myślenie nagina ją w przeciwnym kierunku. A to, o czym myślisz zależy tylko do Ciebie.

Kiedy ziarenko zwątpienia tylko zaczyna kiełkować trzeba jak najszybciej zająć myśli czymś innym. Skupić się na czymkolwiek, na oddychaniu, na pracy rąk, na przeliczaniu kadencji. Byle tylko się czymś zająć i dać sobie czas na przegrupowanie sił. Dlatego między innymi lubię biegać z muzyką. Mogę się wtedy odciąć, odpłynąć gdzieś myślami.

I co z tego…

że inni biegają szybciej? I co z tego, że inni biegają dalej? I co z tego, że inni biegają ładniej? Biegacze tak już mają, ze jak ktoś ich wyprzedza to automatycznie przyśpieszą i chcą dogonić przeciwnika. Jednak wyścig przybiera niekiedy niebezpieczną formę ciągłego porównywania się, zestawiania wyników i porównywania rezultatów z ostatnich startów.

Chęć wygranej z mocniejszym przeciwnikiem może być do pewnego momentu nawet motywująca, ale po przekroczeniu pewnej granicy przybiera niezdrową formę. Kiedy przekraczamy linię mety ze skwaszoną miną bo znowu z kimś przegraliśmy zamiast z uśmiechem na twarzy to znak, że prawdopodobnie czas przewartościować nasze biegowe cele.

Podobnie sprawa ma się z wyznaczaniem sobie celów. Nie ma się co oszukiwać, każdy z nas chce poprawiać wyniki i nie ma w tym nic złego. Chęć poprawy wyniku motywuje do treningu, a poprawianie życiówek daje dużą satysfakcję. Co jednak, kiedy zegar na mecie pokazuje o kilka minut za dużo? Rozpacz? Zmarnowane treningi? Zmarnowany wysiłek? A może po prostu trzeba tak samo jak w poprzednim przypadku przewartościować biegowe cele.

Maratońska fobia

33. Eurasia Marathon w Stambule w 2011 roku to był mój pierwszy i jak dotąd jedyny start na tym dystansie. Od mojej przeprowadzki do Turcji minęło zaledwie kilka tygodni. Nowe miejsce, nowa praca i zupełnie odmienna kultura. Moje bieganie trochę na tym ucierpiało, ale startu w maratonie z Azji do Europy nie mogłem odpuścić.

Zaraz za startem wbiegaliśmy na robiący ogromne wrażenie most nad Cieśniną Bosfor i tym samym przebiegaliśmy z Azji do Europy. Sama świadomość przekraczania kontynentów miała już w sobie coś magicznego i wydatnie podnosiła współczynnik biegowej euforii. Na moście byłem pozytywnie przytłoczony otaczającym mnie tłumem. Gdzieś tam z tyłu głowy kołatała się myśl, że nie jestem wystarczający przygotowany do przebiegnięcia maratonu, ale dźwięki kroków moich i innych biegaczy skutecznie ją zagłuszały.

Niedaleko za mostem zagadnął mnie poznany na starcie Polak:

– Niezła górka była, co?

– Jaka górka? – spojrzałem z ukosa

– No ta przed chwilą.

– A tak, tak! Niezła. – nie miałem pojęcia o jakiej górce mówi, tak dobrze mi się biegło, że żadnej górki nawet nie zauważyłem.

Kilometry coraz bardziej dawały mi o sobie znać, ale połówki się nie bałem, to był znajomy dystans. A później to już tylko jeszcze jedna połówka. Dwie dziesiątki. Cztery piątki. Jakoś dam radę. Zresztą ten tłum sam przecież niesie…

Na połówce było już ze mną ciężko i w żaden sposób nie umiałem zatrzymać fali wyprzedzających mnie biegaczy. Z tłumu, który miał nieść też niewiele zostało cześć skręciła już dawno na metę dyszki, a część biegła tylko połówkę. I nagle okazało się, że z tych kilku tysięcy biegaczy tylko w sumie mała część biegła pełny dystans.

Przez mniej więcej pierwszych 20km niosły zresztą same widoki w zabytkowej dzielnicy miasta, a egzotyczna architektura meczetów, targów i łaźni skutecznie odciągała uwagę od zmęczenia. Jednak druga połówka prowadzi już przez nudną na wpół przemysłową dzielnicę nad samym brzegiem cieśniny. Prawie żadnych kibiców, wiatr, nie ma na czym oka zawiesić i umysł zaczyna skupiać się na ciele. Dla mnie była to wtedy prawdziwa mordęga. Bolało wszystko, a tabliczki odliczały kolejne kilometry przerażająco powoli. Przed 30km byłem gotowy zejść z trasy. Koniec. Całe nieszczęście, a może tak na prawdę szczęście, było w tym, że i tak nie miałem jak wrócić do centrum. Musiałbym iść pieszo, więc równie dobrze mogłem pełznąć trasą maratonu. I tak też zrobiłem.

Jeżeli chodzi o starty w zawodach to byłem wtedy jeszcze kompletnym żółtodziobem – miałem na swoim koncie tylko start w jednym kameralnym półmaratonie. Moje morale było strasznie niskie. Mijając nielicznych kibiców i na punktach żywieniowych było mi wręcz wstyd, że mam takie słabe tempo! Aż do momentu, kiedy dogonił mnie pewien starszy biegacz i zagadał z uśmiechem na twarzy. Był o ile dobrze pamiętam Francuzem. Wyraźnie było widać, że jest mocno zmęczony, ale było też widać, że czerpie z tego biegu czystą przyjemność. Nie przejmował się tempem, ani tym, które zajmie miejsce w klasyfikacji. Razem dobiegliśmy do mety.

Za metą byłem szczerze szczęśliwy z tego, że udało mi się pokonać maraton. Pomimo kiepskiego czasu (4:51 z sekundami) i pomimo tego jak mocno byłem zmasakrowany, czułem się silny i czułem, że coś wygrałem. Jest jednak pewne „ale”. To maratońskie doświadczenie wyrobiło we mnie coś w rodzaju fobii przed dystansem 42,2km. Od tamtej pory jeszcze kilka razy chciałem przebiec królewski dystans, ale ostatecznie nigdy nie stawałem na starcie. Siedzi we mnie jakiś podświadomy strach przed tym biegiem. Strach, który w końcu będę musiał przełamać. Może w tym roku… Maraton w Ostrawie zbliża się wielkimi krokami! Trzymajcie kciuki 😉

Za linią mety…

nie ma rozczarowania. Za linią mety nie ma zwątpienia. Nie ma smutku. Nie ma bólu. Nie ma czasu ani dystansu. Za linią mety jest tylko radość. To jest moja mantra.

Ciężkie biegi się zdarzają. Pamiętam doskonale również Półmaraton Księżycowy w Rybniku. Tak samo jak w Stambule, wiedziałem, że nie mam formy, ale miałem pobiec po prostu na ile dam radę i niczym się nie przejmować. Trzy pętle po 7km każda. Po pierwszej wysiliłem się na wmuszony uśmiech. Po drugiej zatrzymałem się i byłem gotowy zejść z trasy. Bolało mnie wszystko, a energia poszła spać. Zatrzymałem się na chwilę. Pomyślałem kilka niecenzuralnych rzeczy o sobie i o tym biegu… i pobiegłem dalej.

Bo nie ważne jak ciężki jest bieg, za linią mety jest tylko radość.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s