Przed czym uciekamy

czyli za czym gonimy

Biegam bo… bo lubię. To takie uklepane hasło powtarzane może trochę bezrefleksyjnie. Biegam bo lubię? Tak, teraz tak, ale gdy zaczynałem… cóż, nie było podstaw przypuszczać abym biegnie lubił czy miał polubić. Pewnie nie dotyczy to każdego z Was, ale pewnie też wielu będzie wiedziało o czym piszę 😉

Pamiętam dokładnie swoje początki i jestem przekonany, że stał za tym jakiś głębszy impuls, potrzeba wyrastająca z sedna bycia człowiekiem. Brzmi bardzo górnolotnie, ale nie będę pisał o odnawianiu więzów z przyrodą ani powrocie do natury. To tak samo puste hasła jak „biegam bo lubię”. Przeczytałem gdzieś kiedyś, że bieganie amatorskie zyskiwało największą popularność zawsze w czasach najgłębszego kryzysu. Dlaczego? Bo ludzie potrzebowali prostej czynność, która dałaby im poczucie satysfakcji i pierwotnej radości. Taka jest teoria, ale ja w to wierzę. Kiedy jest ekonomicznie źle i wszystko leci na łeb na szyję dwie branże nie tracą – producenci prezerwatyw i słodyczy. Bo ludzie potrzebują prostych i (przynajmniej w jednym z przypadków) pierwotnych przyjemności.

Z bieganiem jest podobnie. Bieganie daje poczucie spełnienia, sukcesu… poczucie sensu. Biegam bo… to daje radość. „Lubię” to chwytliwe, ale płytkie sformułowanie.

U mnie ten „kryzysowy” moment to był koniec studiów. Takie życiowe rozdroże. Bliższe i dalsze wyjazdy zagraniczne, próba odnalezienia się zawodowo i obrania jakiegoś konkretnego kierunku. Generalnie sporo decyzji do podjęcia, a bieganie pomagało to wszystko jakoś poukładać. Poukładać samego siebie.

W zeszłym tygodniu w biegowym światku szerokim echem odbiły się dwa, a może nawet trzy, teksty podnoszące temat sensu biegania, przyjemności biegania i zawartości biegania w bieganiu 😉

Więcej, szybciej, dalej

Pierwszy z nich to tekst Marty Tittenbrun „Ultramaratony są dla cieniasów„, za który autorka została niemalże spalona na stosie. Artykuł jest napisany takim językiem, że innej reakcji spodziewać się raczej nie można było. Sam już nie jestem pewien, co autorka miała na myśli, ale nie mam wątpliwości, co ja z tego tekstu wyciągam. Moim zdaniem zwraca on uwagę na ciekawy aspekt dzisiejszego biegania, a mianowicie parcie na dystans.

Wiem, wiem, każdy biega gdzie chce i jak chce i nikomu nic do tego. Ale, ALE, skoro oburzamy się (a takie komentarze również się pojawiły) na parcie na czas i twierdzimy, że pogoń za kolejnymi życiówkami wypacza ideę biegania to dlaczego nie widzimy tego samego w ekstremalnym wydłużaniu dystansu?

W momencie, kiedy naszym jedynym celem w bieganiu jest poprawa życiówek (obojętnie czy czasu czy dystansu) to zaczynamy gonić własny ogon. Bieganie zamiast dawać radość, stanie się źródłem kolejnych rozczarowań. Bieganie zamiast ucieczką, stanie się następnym wyścigiem szczurów,

Na zaliczenie

Tekstem, który poniekąd łączy się z tym z Magazynu Bieganie jest wywiad z Danielem Lewczukiem opublikowany na bieganie.pl. Jeżeli nie kojarzycie tego nazwiska to się nie przejmujcie, ja też pierwszy raz usłyszałem o nim dopiero na bieganie.pl 😉 Mówiąc bardzo oględnie, jest to człowiek, który dzięki swoim możliwościom finansowym realizuje różne skrajnie ekstremalne przedsięwzięcia sportowe (głównie biegowe, ale nie tylko). Nie grzeszy przy tym ani formą, ani przygotowanie i nie imponuje też swoimi wynikami. Pytanie więc, po co to robi i dlaczego podchodzi do tego właśnie w ten sposób.?Chce komuś (może sobie) coś udowodnić, a dzięki forsie to jest jedna z bardziej przystępnych dróg? Nie wiem.

Z jednej strony siedzi we mnie zazdrość bo też mam w sobie zacięcie podróżnicze i po prostu chciałbym odwiedzić te miejsca, ale z drugiej strony jest poczucie robienia tego wszystkiego „na zaliczenie”. I możemy się oburzać, możemy wyśmiewać, wykpiwać, ale trzeba zdać sobie sprawę, że sami też często tak robimy. Biegniemy kolejne zawody niemalże co weekend, „na zaliczenie”, a jedynie ze względu na możliwości finansowe skala jest inna.

Bieganie to radość

Ostatni tekst to właściwie wystąpienie Mateusza Jasińskiego na Festiwalu Biegowym w Krynicy, gdzie mówił o tym, że bieganie może i powinno dawać radość.

Gonimy za kolejnymi życiówkami, śrubujemy czasy i wypruwamy sobie żyły na treningach. I to też daje mega dużą frajdę. Kiedy przekraczam linię mety i widzę na zegarze cyferki pokazujące moją nową życiówkę to czuję MOC, jest radość. Nadejdzie jednak taki moment, kiedy zabraknie sekund do urywania i co wtedy. Koniec. Tylko o to biegało?

10693337_852056444804442_464632297_n

To radość mamy gonić… ale chwila, chwila! Radość przecież nigdzie nie ucieka! Radość truchta sobie spokojnie w tempie konwersacyjnym zaraz obok nas. Wystarczy zagadać.

Wnioski?

Pamiętaj, że jedyną osobą, która może Ci odebrać radość biegania jesteś Ty sam.

Advertisements

One thought on “Przed czym uciekamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s