Wyścig z cieniem

czyli kiedy bieganie staje się trenowaniem

Otwieram arkusz w Excelu o wdzięcznej nazwie „Running Log”, a w nim schludnie w równych kolumnach i wierszach z buchalteryjną precyzją odnotowane wszystkie dane na temat moich treningów. Data, dystans, średnie tempo, buty, rodzaj treningu… Wszystko podsumowane i gotowe do porównań i analiz. A wszystko to po to, żeby biec dalej i szybciej. Bo biegam bo lubię, a trenuję bo… muszę?

Wiecie co to znaczy, że muzyka komuś w tańcu nie przeszkadza? To znaczy, że ktoś kompletnie nie ma poczucia rytmu, depcze partnerowi lub partnerce po palcach i wywija na środku parkietu tak, że strach się zbliżyć. Ale tańczy, cieszy się tym swoim koślawym podrygiwaniem i w głębokim poważaniu ma wszelkie kpiące uśmieszki i docinki. A co nam przeszkadza, albo i nie-przeszkadza, w bieganiu?

Kilka lat temu, gdy pierwszy raz wyszedłem z domu z zamiarem pokonania jakiegokolwiek dystansu krokiem szybszym aniżeli marszowym, też nic mi nie przeszkadzało. Ani moje nie-biegowe obuwie, ani tempo, które nazwać świńskim truchtem to pochlebstwo, ani iście sprinterski dystans. Ależ ja wtedy czułem się biegaczem!

Dzisiaj za to moje excelowskie podsumowania zamiast powodem do zadowolenia, są często przyczyną wkurzenia i frustracji. No bo jak można się cieszyć bieganiem skoro w tym tygodniu przebiegło się 10km mniej niż zaplanowane, a podbiegi i interwały jakimś cudem skumulowały się w jedno żałosne kilkukilometrowe rozbieganie i czujesz się jakby ktoś na urodzinach zaserwował ci słone paluszki zamiast ociekającego kremem tortu?

Tak to wygląda, moi drodzy, kiedy przestajesz biegać i zaczynasz trenować. A zaczynasz trenować bo bieganie samo w sobie nie jest już takie fajne. To znaczy, jest fajne, ale głównie wtedy, kiedy można się na Fejsiku pochwalić fotką z mety, na której umiejętnie ujęty zegar wskazuje nową życiówkę. Bardziej cieszy, kiedy po tygodniach ciężkich treningów, wkurzania się na to i tamto, udaje nam się urwać kilka sekund z rekordu na dyszkę. Smakuje lepiej, kiedy nadludzkim wysiłkiem pokonujemy królewski dystans w kilkutysięcznym tłumie.

Staram się od czasu do czasu spojrzeć na siebie z boku i widzę jakąś karykaturę biegania. Czytam fora biegowe, blogi, magazyny i profile na FB i widzę jakąś biegową farsę, w której granice sensu już dawno się zatarły. Farsę, w której my – biegacze powodowani swoją nadmuchaną ambicją coraz bardziej dajemy się wciągnąć w niemające końca dywagacje nad wszelkimi możliwymi do wymyślenia aspektami technicznymi biegania, zapominając przy tym, że to naprawdę jest najprostszy sport świata.

I zrozum, nie śmieszy mnie chęć bycia lepszym, ale cena za jaką jesteśmy w stanie sprzedać swoje bieganie i zamienić je w trenowanie. Bo czy biegalibyśmy z równym zapałem, gdyby nie te cenne biegowe souveniry – numery startowe i medale, które jako żywo świadczą o naszej formie? Czy zamiast przeliczać tempo kolejnych interwałów nie hasalibyśmy po prostu radośnie po lesie, gdyby nie stał nad nami wyimaginowany kat ze stoperem w ręku?

Nie w tym rzecz jednak, żeby wymazać z pamięci kalendarz biegów, ale żeby znaleźć w bieganiu złoty środek, w którym zaspokojenie ambicji spotka się ze zdrowym rozsądkiem, czego efektem będzie nieustająca radość biegania bez względu na bezlitosne rozliczenia dzienniczka biegowego. Radość z biegania, nie z wyniku. Radość z biegania.

Niekiedy warto odpuścić trening i iść po prostu pobiegać 😉

10672_10205444032048343_3078624202162910915_n

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s