Bieg Katorżnika

gościnna relacja Piotra z Testów Outdoorowych

Data 08.08.2015 na długo zostanie w mojej pamięci. XI Bieg Katorżnika, w którym miałem przyjemność uczestniczyć, odcisnął na mnie (jak pewnie i na znakomitej większości startujących) swoje piętno. Piętno brudne, śmierdzące i ociekające ogromną satysfakcją z pokonania własnych słabości.

Bieg Katorżnika to już w zasadzie legenda. Bo trudno inaczej nazwać bieg, na który zapisy zamykają się cztery minuty (!) od ich rozpoczęcia z powodu zapełnienia listy startowej. Bieg jest rokrocznie organizowany przez Wojskowy Klub Biegacza Meta oraz współorganizatorów, a odbywa się w Kokotku, w okolicach ośrodka Silesiana obok Lublińca. Osobiście nigdy w życiu nie uczestniczyłem w tego typu zabawach – owszem, jeszcze w tym roku mam startować w Survival Race w Katowicach, ale po tym co przeżyłem wczoraj myślę, że tam to będzie raczej miła zabawa.

bieg katorżnika
Ze względu na to, że nie wiedziałem czego się spodziewać, piątkowy wieczór spędziłem na wyszukiwaniu w internecie opisów, relacji i filmów z poprzednich edycji. Chciałem się jak najlepiej przygotować. Zabrałem ubrania i buty, które były już na tyle zużyte, że i tak nadawały się praktycznie do kosza na śmieci, do tego kupiłem rękawiczki robocze i rolkę srebrnej taśmy.

W sobotę wyruszyłem z domu (do Lublińca mam 90 km) o 8 rano. Na miejscu byłem w okolicach 10. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy jeszcze przed przyjściem na teren ośrodka, to ogromna łąka przeznaczona na parking. Wielokrotnie zdarzało mi się (nie tylko w miastach), że miałem problem ze znalezieniem miejsca parkingowego – każdy, kto dojeżdża na biegi własnym transportem wie, jak to wygląda najczęściej. Jednak parking na Biegu Katorżnika zasługiwał naprawdę na pochwałę (dodatkowo nawet na parkingu można było kupić sobie wodę, sok, piwo, kiełbaskę czy grochówkę oraz skorzystać z ToiToia). Ze względu na pogodę (jakieś 38 stopni) wchodząc do auta po biegu można było poczuć powiew z piekła, ale to już nie jest wina organizatorów. Do biura zawodów kierowała około trzystumetrowa ścieżka (na szczęście w cieniu!). Odebranie bogatego pakietu startowego odbywało się bez zbędnej zwłoki. W jego skład prócz kilku broszur wchodził m.in. deser Bakoma, chusta wielofunkcyjna, izotonik, butelka aluminiowa SIGG, bawełniana koszulka z biegu, bon na grochówkę i oczywiście numer startowy.

bieg katorżnika

Po odebraniu pakietu na szybko przeszedłem cały ośrodek, żeby zobaczyć co, gdzie i jak. Potem przebrałem się w te specjalnie wyselekcjonowane, eleganckie ubrania. Buty skleiłem taśmą, żeby nie zgubić ich po drodze, założyłem rękawiczki i przypiąłem numer startowy. Byłem gotowy – start mojej grupy był zaplanowany na 11:30. Czekając na niego kibicowałem dzieciom, które brały udział w mini katorżniku (żona powiedziała, żebym dopisał, że nie mogę się doczekać, aż zabiorę tam syna – podobno sporo o tym mówię), obejrzałem kilka stoisk i dekorację jednej z grupy zakładników. Po wejściu w strefę startu kazano nam się zamoczyć w wodzie, żeby nie doznać szoku termicznego. Coraz bardziej się stresowałem, bo nie wiedziałem, co mnie czeka. Dodatkowo nie potrafię zbyt dobrze pływać, a pierwsze co trzeba było zrobić, to wskoczyć do jeziora. No ale… raz kozie śmierć.

Wystartowaliśmy. Skok do wody (była bardzo ciepła) przejście pod molo i droga w szuwary. Na razie trzymamy się grupą i brodzimy po pas (a ja po szyję ;)) w wodzie. I tak 20 minut. Potem na zmianę rowy, błoto, woda, więcej rowów, więcej błota, kładka, skok do błota, taplanie się w syfie i tak dalej, i tak dalej. Grupy powoli się mieszają. O ściganiu się nie ma mowy, mało jest miejsc, gdzie jest na tyle szeroko. Biegania po lesie nie ma zbyt dużo. A potem jeszcze więcej błota i konary w wodzie. Z każdym następnym uderzeniem czuć kolejne siniaki na łydkach. I tak, wszyscy po kolei, posuwamy się do przodu krok za krokiem. Jest całkiem przyjemnie. Szczerze mówiąc, te błotne kąpiele w tej temperaturze były na wagę złota. Serio! Przynajmniej dopóki grząskie bagno nie zaczęło wciągać. Pierwsza połowa trasy to dla mnie taka atrakcja, że nawet nie zauważam, że biegnę już 1,5 godziny. Po Łudstokach i innych zabawnych imprezach syf i błoto nie są mi w żaden sposób straszne, więc bez cienia obrzydzenia brnę do przodu. Niestety, po dwóch godzinach przekraczając powalone drzewo podciągnąłem wysoko nogę i poczułem skurcz. Mój krzyk słyszeli nawet zawodnicy przede mną, bo pytali czy mi się coś stało. A ja po prostu miałem unieruchomioną prawą nogę i potworny ból z tyłu łydki. Przez minutę myślałem, że trzeba się będzie wycofać. Chwila przerwy. Ból nieco zelżał, można spróbować biec dalej. Biec to dużo powiedziane. Od tego momentu trzeba było iść z jeszcze większą uwagą. Z nogą było nieco gorzej, ale jakoś parłem do przodu. W końcu po przejściu pod jednym z rowów zrobiłem biegowe kółko i zamiast skręcić znów w rów … pobiegłem w drugą stronę (straciłem może 10-15 minut, taśma była zerwana i nie widziałem jej) na szczęście przeciąłem w pewnym momencie trasę, którą chwilę wcześniej przebiegałem. No trudno. Ostatnie dwa kilometry to była już dla mnie droga przez mękę. Ból w prawej nodze, a prócz tego niestety zaczynał się już pojawiać głód, który nie nastrajał pozytywnie. Jeszcze raz do jeziora – kawałek trzeba było prawie przepłynąć – w okolice molo. I tam czekała na mnie najtrudniejsza atrakcja. Sznurowa drabinka, po której trzeba się było wspiąć na molo. Niestety, moja prawa noga już nie była na tyle sprawna i po prostu nie byłem w stanie jej na taką wysokość podnieść. Ostatecznie na szczęście inny zawodnik podał mi z góry pomocną dłoń i udało mi się wdrapać (dzięki Ci, nieznajomy!). A po wejściu na molo… trzeba było zeskoczyć z niego do wody. To już jednak było tą przyjemniejszą częścią. W końcu po wielu kolejnych bagnach, rowach i uroczyskach widzę, że jestem już blisko. Ostatnie atrakcje czekały zaraz przez metą – przejście przez zrujnowany budynek a potem opony, zasieki, podkop i końcówka – bieg przez molo do mety, przeskoczenie przez kłodę i… udało się!

bieg katorżnika

Szczerze? Te 12,5 km (w tym roku trasa była wydłużona) dało mi większy wycisk niż jakikolwiek maraton wcześniej. Nie czułem się upodlony. W ogóle! Czułem się mega szczęśliwy! Wielkie dzięki WKB Meta za umożliwienie mi startu i sprawdzenia siebie. To było jedno z ciekawszych doznań w ostatnim czasie, i chyba bardziej ekstremalnych. Naprawdę coś niesamowitego. Ogromny, chyba 3 kilogramowy medal otrzymany na mecie będzie świadectwem, że udało mi się. Z radością ten wyczyn (a raczej wynik) poprawiłbym w przyszłym roku, czy się uda? Zobaczymy. Ale wrażenia pozostaną mi na całe życie!

Jeśli ktoś chce się sprawdzić i nie boi się wyzwań, powinien spróbować. Organizacja jest wzorowa, pakiet startowy obfity, a trasa wymagająca i dająca ogromną satysfakcję. Warto wyjść ze swojej strefy komfortu i spróbować czegoś nowego. Aaa… i nie ma się czego bać, trzeba spróbować!

bieg katorżnika

Organizacyjnie jeszcze tylko wspomnę, że prócz biegów głównych odbywały się również Mistrzostwa Polski w bieganiu tyłem, Mikro Katorżnik, Mini Katorżnik, Mały Katorżnik, Bieg Babci i Dziadka czy ekstremalna Ucieczka Zakładników. Za dodatkową atrakcję mogła uchodzić również znakomita grochówka po biegu, a także pyszne dwa batoniki krówki (w zasadzie krówka i byk), które zaraz po biegu smakowały jak ambrozja!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s