Kapciem w żelazko

Wszystko poszło nie tak, jak sobie to zaplanowali. Jednego z tamtych udało mu się dźgnąć nożem, a dwóch zabić strzałą, ale teraz sam klęczał w śniegu. Z lewego ramienia rozchodził się przeszywający ból. Pociętymi dłońmi złapał za grot i wyrwał strzałę, a spod skórzanego płaszcza wyciekł strumień krwi. Nagle usłyszał za sobą skrzypienie śniegu, ale nie zdążył zareagować. Nie poczuł nawet bólu. Świat odpłynął sprzed jego brązowych oczu zaskakująco spokojnie. Czerwona plama na śniegu powoli się powiększała.

Buty człowieka lodu

Ciało Ötziego ponad pięć tysięcy lat później znalazła para niemieckich turystów, a kiedy naukowcy zaczęli przeprowadzać swoje śledztwo jedną z rzeczy, które przykuły ich uwagę były buty człowieka lodu. Ich podeszwa zrobiona była z niedźwiedziej skóry, cholewka ze skóry jelenia, a całość powiązana trawą i korą. Obuwie to niedługo później zostało dokładnie zrekonstruowane przez czeskiego badacza, Petra Hlavacka, który był zdumiony tym jak wygodne i praktyczne się ono okazało.

Replica_of_the_Oetzi_shoes

Skórzana podeszwa potraktowana mózgiem i wątrobą zwierzęcia zapewniała doskonałą przyczepność, a wyściółka z siana dawała komfort i izolację lepszą nawet od nowoczesnych materiałów. Hlavacek wraz z kilkuosobową grupą wybrał się na lodowiec, żeby przetestować swoje nowe obuwie w warunkach, w jakich było pierwotnie używane. Nawet w tak skrajnie trudnych okoliczności przyrody buty spisywały się wyśmienicie. Pomimo chodzenia w śniegu i brodzenia w lodowatych strumieniach stopy pozostawały suche i zachowywały komfortową temperaturę. Elastyczna podeszwa doskonale dopasowywała się do kształtu stopy i nie ślizgała się. Vaclav Patek, znany czeski wspinacz, po zakończeniu wyprawy miał powiedzieć, że są to najwygodniejsze buty w jakich kiedykolwiek chodził i nie ma w Europie góry, której nie dałoby się w nich zdobyć.

Zadać odpowiednie pytanie

Wszystko to język, a zadawanie odpowiednich pytań to klucz. Czy jesteśmy urodzeni by biegać? Być może. Czy zostaliśmy stworzeni by biegać boso? Raczej nie. Jakie powinny być idealne buty do biegania? Po co w ogóle potrzebne są nam buty?

Ötzi nosił buty, żeby chroniły go w surowym klimacie. Rzymscy legioniści nosili różnego rodzaju sandały, żeby chroniły ich stopy podczas długiego marszu. Indianie nosili, i dalej noszą, sandały-huarache albo mokasyny z tych samych powodów. Kobiety noszą buty na wysokim obcasie, żeby dobrze wyglądać. Sprinterzy biegają w kolcach, żeby biegać szybko. Po co Ty nosisz buty?

W dzisiejszych czasach, kiedy bieganie wykroczyło daleko poza ramy konkurencji sportowej i stało się zjawiskiem społecznym, zmieniła się też w nim rola butów. Dla wielu osób bieganie bardziej niż z treningiem wiąże się z całą jego otoczką, z obuwiem na czele. Wybór odpowiedniego modelu biegowych laczków to pierwszy i podstawowy dylemat każdego początkującego biegacza, który prawdopodobnie będzie towarzyszył mu już do końca jego sportowej kariery. Oprócz kwestii typowo technicznych w grę wchodzi jeszcze cały szum marketingowo-psychologiczno-religijnego wręcz zacietrzewienia, które każe dokonywać takich, a nie innych wyborów. Niemniej, najistotniejszym czynnikiem wydaje się być chęć uniknięcia kontuzji, która to w równym stopniu przyświeca zwolennikom mocno amortyzowanych modeli stabilizujących, pieszczotliwie nazywanych żelazkami, jak i tym, którzy wybierają jedynie parumilimetrową warstwę gumy w ramach podeszwy.

Według Billa Bowermana, wybitnego amerykańskiego trenera i współzałożyciela marki Nike, „idealne buty do biegania powinny zapewnić wystarczająca ilość wsparcia dla biegacza podczas startu, ale za linią mety rozpadłyby się”. Iście minimalistyczne podejście i zdecydowanie korzystne z biznesowego punktu widzenia, aczkolwiek raczej nie do zaakceptowania przez amatorów. Zresztą to również jemu zawdzięczamy wynalazek podwyższonej pięty, który do dzisiaj rozgrzewa dyskusje na temat dropu na internetowych forach. Bowerman dodał kapkę amortyzacji pod piętą, bo wierzył, że przez to zmniejszy obciążenie ścięgna Achillesa.

Godowski festiwal biegowy

I tak to się zaczęło. Od lat ’70 ubiegłego stulecia aż do dzisiaj możemy obserwować istny wyścig zbrojeń producentów obuwia sportowego, którzy prześcigają się w wymyślaniu kolejnych innowacyjnych rozwiązań, mających sprawić, że będziemy biegać bezkontuzyjnie. Pojawiła się wprowadzona przez Brooksa pianka EVA, panele powietrzne Nike Air, usztywniane zapiętki i tym podobne wynalazki, których różne wariacje są nam serwowane do dzisiaj. Dobrym i aktualnym przykładem może być Reebok Pump, który niedawno wystartował z dynamiczną kampanią promującą swój nowy model do biegania z pompowaną cholewką. Jest to jeden z bardziej ekstrawaganckich wynalazków, jednak niewiele w nim z nowości, bo Reebok wprowadził go na rynek po raz pierwszy już w roku 1989, więc dzisiaj to po prostu odgrzewany kotlet. Chociaż zdarzają się też perełki innowacyjności, jak na przykład szwedzkie Airia, które oferują nam 6mm spadek, ale nie pięta palce tylko z zewnętrznej na wewnętrzną krawędź podeszwy!

Skalę biegowego boomu i związanego z nim nagłego rozwoju branży obuwniczej najlepiej obrazują liczby. Przeprowadzone w 1967 roku przez Runner’s World badanie butów biegowych uwzględniało 15 dostępnych w tamtym czasie na rynku modeli. Badanie z roku 1980 obejmowało już 178 modeli. W zasadzie w ciągu jednej dekady liczba modeli biegowych zwiększyła się ponad dziesięciokrotnie.

Możemy się spierać o to, czy producenci rzeczywiście wierzą w sprzedawane przez siebie rozwiązania, czy z premedytacją wciskają nam kit. Nie ulega jednak wątpliwości, że ze strony biegaczy cały przemysł obuwniczy opiera się na ślepej wierze. Coraz większa amortyzacja i kolejne patenty na poprawienie ruchu miały w magiczny sposób zmniejszyć ryzyko wystąpienia kontuzji. Problem w tym… że nie zmniejszyły! Kontuzji ile było tyle jest, a biegacze nakręcają sami siebie w tym błędnym kole!

Wiara może czynić cuda, może też wpuścić w maliny. Dowiedziono, że nasz umysł przewiduje siły jakie powstaną podczas kontaktu z podłożem i na ułamek sekundy przed lądowaniem odpowiednio aktywuje mięśnie. W tym kontekście bardzo istotna jest świadomość tego, co mamy pod stopami. Robbins i Waked1 przeprowadzili niezwykle interesujące badanie, w którym sprawdzili jak marketing wpływa na kontuzje. Okazuję się bowiem, że użytkownicy obuwia reklamowanego jako bardzo mocno amortyzowane mieli zaburzone poczucie „bezpieczeństwa”, przez co lądowali z o wiele większą siłą, bez odpowiedniej aktywacji mięśni, co przyczyniało się do większej liczby kontuzji.

???????????????????????????????

W badaniu mierzona była siła jaką uczestnicy wytwarzali stając na specjalnej platformie, na której umieszczono materiał służący do budowy podeszew butów. Odbyły się cztery próby: boso, na materiale oznaczonym jako neutralny, na materiale z tanich butów biegowych oraz na materiale wykorzystującym najnowsze technologie amortyzujące. Tak przynajmniej sądzili uczestnicy badania, a cały myk polegał na tym, że ciągle był to ten sam materiał. Okazało się, że kiedy badane osoby wierzyły, że lądują na świetnie amortyzowanym materiale, lądowały z o wiele większą siłą niż w przypadku, kiedy były przekonane, że czeka ich jakaś taniocha. Wiara w marketingową ściemę oszukała ich umysł.

Załóż mini, mini, mini

Krajobraz rynku zmienił się odrobinę w roku 2011, kiedy rozpoczęła się moda na bieganie naturalne, a sprzedaż obuwia minimalistycznego wzrosła o ponad 150% w porównaniu do poprzedniego roku. Nagle w ofercie praktycznie każdej marki, może oprócz zatwardziałego Asicsa, znalazły się odchudzone modele z odessanym nadmiarem tkanki technologicznej. Powiedzmy sobie jednak otwarcie – naszego nawrócenia na naturalne ścieżki biegania nie zawdzięczamy jakiemuś mistycznemu zbiorowemu oświeceniu biegowej braci, chociaż Christophera McDougalla moglibyśmy uznać za swoistego mesjasza, który trzymając w ręku spisany przez siebie Nowy Biegowy Testament wyprowadził nas z niewoli koncernów obuwniczych, ale wprawnym marketingowym zagrywkom, które w zasadzie sprzedawały nam to samo co zawsze tylko w trochę zmienionej formie.

Mniejsza jednak o źródło tego zawirowania, bo ważniejsze są jego skutki. Do tej pory kanapowcy, którzy chcieli zostać maratończykami, całą swoją nadzieję pokładali w cudownych butach które leczą, a teraz nagle zdali sobie sprawę, że problem biegowej niemocy i źródła kontuzji leżą poza wsparciem łuku stopy i korekcją pronacji.

Mądry marketing biegania minimalistycznego wyróżnia się silnym akcentem na trening uzupełniający, który ma wzmacniać nasz aparat ruchu. I chociaż nie ma badań na potwierdzenie tej tezy, to jestem przekonany, że pod tym względem minimalizm przyczynił się do zmniejszenia liczby kontuzji wśród biegaczy. Minimalizm nie obiecuje, że unikniesz kontuzji dzięki jakiejś piance czy płytce w podeszwie, ale poprzez trening.

IMG_8546

Wróćmy do naszego pytania wyjściowego. Po co biegasz w butach i jak powinien wyglądać dobry but z perspektywy biegania naturalnego? To, że but powinien jak najwierniej imitować pracę bosych stóp, to jest już oklepane hasełko, ale skoro ma imitować bieganie boso… to dlaczego nie biegać boso?!? Dla mnie bieganie boso nie do końca jest fajne. Oczywiście, jest to idealny środek do ćwiczenia techniki ponieważ bosa stopa nie wybacza żadnego błędu. Szczególnie w początkowej fazie samo ściągnięcie butów może przynieść duże zmiany i pozwoli w ogóle poczuć o co biega, ale poza tego typu wprawkami nie dostrzegam większych korzyści takiego biegania.

Nie boję się, że nadzieję się na zakażoną jakimś syfem igłę, ale jednak na chodnikach i ścieżkach leży sporo rzeczy, na które niekoniecznie miałbym ochotę nadepnąć. Poza tym, klepanie setek kilometrów na bosaka to nie lada wyzwanie dla naskórka, a ja nie widzę sensu się tak męczyć. O bieganiu w zimie nawet nie wspominam – w ramach ciekawostki można spróbować, ale po co tak regularnie trenować?

Zresztą, nie chodzi tutaj o stopę samą w sobie, ale o zaangażowanie całego aparatu ruchu w mechanizm prawidłowego kroku biegowego, który omówiliśmy sobie w poprzednich częściach cyklu (publikowanego na łamach magazynu Run Times), a do tego nie musimy biegać boso.

Jeżeli mam opisać dobry but do biegania naturalnego, to powiem, że powinien mieć niski profil, czyli najlepiej zero drop i podeszwę o grubości kilku milimetrów, która pozbawiona jest wszelkiego wsparcie i swobodnie da się zginać. Materiał podeszwy powinien być również elastyczny w sensie dopasowania się do kształtu stopy i tutaj prym wiodą huarache ze skórzaną wyściółką. Do tego materiał nie może być sprężysty, aby nie dawać dodatkowego wsparcia, ponieważ cała praca powinna zostać wykonana przez mięśnie i dlatego też traktowanie startówek jako minimali jest błędem. Cholewka powinna zapewniać dobre trzymanie w śródstopiu, ale jednocześnie pozostawiać miejsce na swobodną pracę palców. Wszelkie usztywnienia w okolicy ścięgna Achillesa również są zbędne. Model minimalistyczny powinien też oczywiście być możliwie najlżejszy, a granicę przyzwoitości możemy wyznaczyć na linii 200 gramów.

skora_4_1_2_1

Nie miejcie jednak złudzeń! Biega biegacz, a nie buty. Na początku mojej przygody z bieganiem naturalnym byłem bardzo mocno zafiksowany na zero drop, niską wagę i podeszwę, którą da się zwinąć w rulonik. Wydawało mi się, że wszystko inne, co choć trochę odbiega od tego modelu, ingeruje w moją technikę i hamuje postępy. Z perspektywy czasu patrzę na to trochę inaczej. Jako początkujący biegacz, słaby i bez wyrobionej techniki, byłem podatny na wpływy ze strony obuwia. Na początku większy drop mógł rzeczywiście powodować, że lądowałem na pięcie, na wyprostowanej nodze daleko przed środkiem ciężkości. Grubsza i bardziej sztywna podeszwa sprawiała, że traciłem czucie biegu. Wtedy, buty o opisanych wyżej cechach pomagały mi osiągnąć zamierzony cel, jakim była poprawa techniki biegu.

Dzisiaj, kiedy mam już bardziej wyrobiony styl, wiem, że dodatkowe milimetry w podeszwie mi nie przeszkadzają i nie czuję, żeby negatywnie wpływały na moją technikę i dzięki temu nie muszę się ograniczać do modeli typowo minimalistycznych. Na długie wybiegania sięgam po modele z trochę większą amortyzacją, kiedy biegam w terenie czasami wolę bardziej odciąć się od podłoża, a kiedy ścigam się z zegarem na zawodach wybieram dynamiczne startówki, które dają kopa. Wiem, że to ja kontroluję bieg, a nie buty.

Przypuszczam, że wielu z Was jest zaskoczonych tym artykułem, bo spodziewaliście się anty-amortyzacyjno-korekcyjnej tyrady i wychwalania dającego się zwinąć w naleśnik zero dropu. Prawda jednak jest taka, że buty to tylko narzędzie, którego parametry musimy dostosować do wyznaczonego celu. A jako narzędzie nie świadczy o tym, czy jesteśmy mniej lub bardziej naturalnymi biegaczami, nie wypracuje za nas techniki i nie uczyni nas lepszymi biegaczami przez sam fakt ich założenia. Niezmiennie jestem fanem i zwolennikiem obuwia minimalistycznego, ale z czasem cechy takie jak drop czy grubość podeszwy stają się kwestiami drugorzędnymi.

—————-

Powyższy tekst ukazał się również w magazynie Run Times (czerwiec 2015).

Źródła

1Robbins S., Waked E. Hazard of deceptive advertising of athletic footwear (http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/9429006)

Peter Larson and Bill Katovsky, Tread Lightly, Skyshore Publishing, New York 2012

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s