I Kuźniański Półmaraton Leśny

Zeszłotygodniowy udany start w Częstochowie pokazał, że tempo w nogach jest, a wczoraj przyszedł czas na sprawdzenie wytrzymałości. Jak mawiał Adam Małysz – udało się oddać dwa dobre, równe skoki… A w tym przypadku akurat dwa dobre, równe starty.

Na połówkę w Kuźni Raciborskiej byłem napalony już od dłuższego czasu. Przede wszystkim, dawno nie pobiegłem dobrego półmaratonu i miałem poczucie, że moja życiówka na tym dystansie nie oddaje moich możliwości. Co więcej, trasa w Kuźni zapowiadała się na całkiem szybką i przy okazji malowniczą. Trasa została w całości poprowadzona asfaltowymi leśnymi drogami, więc z jednej strony leśne powietrze sprzyjało dobremu bieganiu, a jednocześnie można było podkręcić tempo na twardej nawierzchni.

Półnadzy ludzie wymachują nogami, więc to tutaj

Była to pierwsza edycja tej imprezy, więc tak na prawdę nikt do końca nie wiedział, czego się spodziewać – ani pod względem trasy ani organizacyjnym. Organizatorzy stanęli jednak na wysokości zadania!

Kiedy podjeżdżaliśmy do kuźniańskiego stadionu z daleka widać było już jakieś zamieszanie, które Agnieszka skomentowała słowami: „półnadzy ludzie wymachują nogami, więc to tutaj”. Taka prawda… 😀 Biuro zawodów ulokowano na fajnym kompleksie sportowym, który bez problemu pomieścił grubo ponad 200 biegaczy wraz z obstawą 😉 Pakiety wydawane były sprawnie, do tego mapki z trasą (przez chwilę zwątpiłem, czy to przez przypadek nie jest bieg na orientację 😛 ), obok namiot z masażystami PWSZ. Generalnie wszystko dopięte na ostatni guzik.

W pakiecie rzecz jasna numer z chipem (elektroniczny pomiar czasu), banan, woda, książeczka reklamująca atrakcje regionu wraz z mapą, worek i parę gadżetów. Generalnie, całkiem przyzwoicie.

Do startu…

Przed startem krótka rozgrzewa – czytaj kilka wymachów od niechcenia, pogawędka ze znajomymi biegaczami (pozdrowienia dla klubu Dystans Lubomia) i jeszcze wciągnąłem żelik ALE. Do kieszeni wcisnąłem jeszcze jeden, tak na wszelki wypadek, ale tym razem biegłem na lekko – bez wody.

398911_1460953089_32528600

Krótki dobieg na linię startu, szybkie odliczanie i lecimy! Pierwsze kilometry wchodzą ładnie, tempo lekko powyżej 4:00/km, ale staram się za bardzo nie przyśpieszać, żeby zachować siły na resztę dystansu. Jest pogodnie i słońce dosyć przygrzewa, ale to nie problem – problemem jest wiatr, który póki co zawiewa jeszcze delikatnie, ale jakby z każdym kolejnym podmuchem odrobinę mocniej.

Trasa to głównie długie proste, na których widać biegaczy daleko z przodu. Momentami takie prostki mogą być dołujące dla psychiki, ale ja starałem się po prostu doganiać kolejnych zawodników, co przez pierwszych kilka kilometrów mi się udawało, aż w końcu znalazłem swoje miejsce w szeregu 😉

Kolejne kilometry mijają dosyć szybko i sprawnie, ale trasa jest o wiele bardziej pofałdowana niż się spodziewałem. Praktycznie ciągle biegniemy góra, dół, góra… jakby więcej tej góry 😉 Do tego ciągle lekki przeciwny wiatr. Ale w myślach powtarzam sobie, że byle do nawrotu, bo skoro teraz pod górę i pod wiatr, to później musi być bardziej z górki no i z wiatrem!

30

Tempo utrzymuję ciągle w okolicach 4:07/km, czyli tak jak planowałem i myślę, że jeżeli dalej tak pójdzie to nie powinienem mieć problemu z jego utrzymaniem. Nie powiedziałbym, że biegnie się komfortowo, ale jest to zdecydowanie tempo do utrzymania.

Na trasie co jakiś czas mijamy mniejsze lub większe grupy kibiców, obsługi biegu czy zwykłych spacerowiczów, którzy zagrzewają do walki i dodają otuchy 🙂 I to wszystko w środku lasu! Atmosfera rewelacyjna.

Czyli do tej pory było z wiatrem

Gdzieś w okolicach 9. kilometra skręcamy ostro w lewo… i dostaję silny podmuch wiatru w twarz. Okazuje się, że do tej pory biegliśmy z wiatrem. Lekka załamka, bo liczyłem, że teraz uda mi się przyśpieszyć, a na 10. kilometrze średnie tempo już 4:10.

Teraz żyję myślą, żeby dobiec do końca tej prostej, gdzie znowu skręcamy ostro w lewo, więc wiatr musi przecież się zmienić! No i zmienił się – zaczął jeszcze mocniej walić po ryju. Brutalne, ale tak właśnie się czułem, jakbym zgarniał lanie – napisać, że wiatr kopał leżącego to może za dużo powiedziane, ale w mojej głowie zaczęły pojawiać się myśli, żeby się zatrzymać chociaż na chwilę, odetchnąć. Wiedziałem jednak, że to psychika płata mi figle i muszę dalej napierać!

398910_1460953088_86380300

Wtedy dogonił mnie Paweł Klinik, z którym ścigałem się na finiszu raciborskiego Biegu Twardziela i trochę podkręcił mi tempo. Wiedziałem, że i tym razem nie zdołam dotrzymać mu kroku, ale pomógł mi rozbiegać ten kryzys, a i biegnąc przede mną jakoś tam nakręcał.

Czas ucieka

Na trasie niezmiennie bardzo niewiele płaskich odcinków, a podbiegi chociaż niewielkie, to jednak dają się odczuć. Do tego wiatr teraz wieje już nie na żarty i momentami naprawdę ciężko jest się przebić. Już ostatnie 5 kilometrów, a ja czuję, że wynik poniżej 90 minut mi ucieka. Tempo wymyka się spod kontroli i Garmin pokazuje już 4:14/km.

Mam ochotę się zatrzymać, chce mi się pić, ale najbardziej chce mi się złamać tą godzinę trzydzieści! Tuż przed startem znajomy trener z BBL powiedział do mnie coś o walce i teraz tylko ta walka łomotała mi się w myślach. Walka!

Ostatnie kilometry i jest trochę bardziej z górki, więc przyśpieszam. Włożyłem w to za dużo wysiłku, żeby teraz odpuścić. Jeszcze kilometr… tak na prawdę trochę więcej, ale próbuję się oszukać. 500 metrów, 400… Agnieszka macha do mnie z dobiegu do mety. Cieszę się, że na mnie czeka i kibicuje, ale mijając ją nie mam nawet siły podnieść ręki.

73

Wbiegam na boisko i zmierzam prosto na linię mety, od której dzieli mnie już tylko kilkanaście metrów. Jest!!! Udało się! 😀 Tylko kilka sekund poniżej 90 minut, ale to te kilka sekund, które wydarłem dla siebie na tych ostatnich kilometrach, kiedy myślałem, że już nie dam rady, kiedy pomimo bólu i zmęczenia nie odpuściłem.

To tylko kilka sekund, ale nie one się liczą, tylko to, co symbolizują – walkę do samej mety.

Ot i cała historia 🙂

Mój oficjalny wynik: 1:29:53 i 17. miejsce OPEN.

Starty w Częstochowie i Kuźni Raciborskiej dają mi dobry obraz mojej aktualnie formy i pozwalają w miarę realistycznie określić plany na majowy Maraton Opolski, chociaż jest to dystans, przed którym mam ogromny respekt i który po swojemu weryfikuje wszelkie plany i założenia. Zostało już tylko kilka tygodni. Przede mną jeszcze parę mocniejszych akcentów na dłuższym dystansie i regeneracje, żeby pobiec na świeżości.

Reklamy

4 thoughts on “I Kuźniański Półmaraton Leśny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s