No limits?

Podtytuł tego bloga to Run Fast & Don’t Think Limits, ale dzisiaj chciałbym napisać o innych limitach – nie o tych wewnętrznych, z którymi tak często się ścieramy, ale o limitach czasowych podczas zawodów. Jest to jeden z tych niekończących się tematów, które ciągle powracają i są rozkładane na części pierwsze bez wyciągania jakichkolwiek jednoznacznych wniosków. Taki, za przeproszeniem, ból dupy biegowego światka. Kwestia, którą każdy próbuje ugryźć po swojemu, ale mam wrażenie, że nie od tej strony, co trzeba.

Zacząć należałoby od ustalenia czemu w zasadzie służyć mają limity, ponieważ z tego wyjściowego nieporozumienia rodzą się później konflikty. Limity to kwestia logistyczna, która jest konieczna, aby organizator był w stanie ogarnąć imprezę. Jedynie na kameralnych biegach rozgrywanych na uboczu, gdzie biegacz nikomu nie wadzi, org może pozwolić sobie na zapis w stylu „czekamy na ostatniego zawdonika”. W innym wypadku rezygnacja z wprowadzenia limitu czasowego może prowadzić do chaosu. W ostatnim numerze Utlra Sebastien Chaigneau zapytana o tą kwestię przytacza przykład biegu w Chile, gdzie na dystansie 20 km po 13 godzinach niektórzy uczestnicy nie docierają jeszcze do mety: „Wyobrażasz sobie?! 13 godzin na 20 km, przecież to można zrobić nawet spacerem! A kiedy odnajdujesz ich na trasie i prosisz, żeby zeszli, odpowiadają, że przecież nie ma barier czasowych, a oni chcą otrzymać koszulkę finiszera i medal. Limity są niezbędne, ale nie mogą być ani zbyt rygorystyczne ani za łagodne, muszą być w sam raz”.

Limity nie służą natomiast do określania poziomu czy prestiżu danego biegu – niektórzy twierdzą bowiem, że zbyt łagodne limity obniżają status imprezy. Gdyby tak rzeczywiście miało być, to limity w maratonach należałoby obniżyć do… 3h? A może 2:30, bo wtedy prestiż biegu niewątpliwie byłby duży, a koszulka finiszera nie lada wyróżnieniem. Tylko czemu takie biegi będą służyć? Przecież biegacz kończący maraton w 4 czy 5 godzin w żaden sposób nie umniejsza wyniku zwycięzcy. Czy kiedy w 2014 roku Dennis Kimetto nabiegał w Berlinie nowy rekord świata (2:02:57) jego wyczyn został przyćmiony czy umniejszony przez całą rzeszę biegaczy, którzy potrzebowali ponad 5, a nawet ponad 6 godzin na pokonanie królewskiego dystansu?

Wiele hałasu o nic?

O co więc tak naprawdę chodzi z tymi limitami i o co biją pianę ci, którzy chcieliby ich zaostrzenia?

Start, bieg, zawody, wynik, klasyfikacja – wszystko to słowa, które wskazują, że mamy do czynienia z wydarzeniem sportowym, z walką i rywalizacją – obojętnie czy z innymi zawodnikami czy z samym sobą. Startujemy, bo chcemy w jakimś wymiarze wygrać – jeżeli nie w klasyfikacji, to z zegarem albo dystansem. Start! Tymczasem odnoszę wrażenie, że przynajmniej część imprez zamieniła się… no właśnie, w imprezy biegowe, w biegowe eventy, które ze sportem nie mają wiele wspólnego. Imprezy, na których zawodnika, który walczy o wynik i chciałby pobiec mocno oskarża się wręcz o zabijania ducha sportu, niepotrzebną spinę i niszczenie atmosfery!

13612114_874064859366705_8176988144832261121_n

Łatwo w tym miejscu zgubić szlak i wpaść w gąszcz nieporozumień. Nie chodzi bowiem o to, żeby dyskwalifikować wolnych biegaczy, ale o to, żeby startować świadomie. Chciałbym zawsze stawać na starcie przygotowany, mając w nogach trening pod konkretny cel. Chciałbym, żeby inni zawodnicy również stawali na starcie z ambitnymi celami na miarę swoich możliwości. Nie każdy start jest docelowy, nie każdy bieg to życiówka, ale niech każdy będzie wyzwaniem.

Na medal

Fajna sprawa taki medal, ale znowu trochę kontrowersyjna, no bo nie wiadomo czy dawać każdemu czy nie. Sam się nad tym zastanawiałem, chociaż szczerze mówiąc ani mnie to ziębi ani grzeje… ale na ścianie się prezentuje 😉 Przekonał mnie do pewnego stopnia komentarz, który kiedyś przeczytałem, że medal w przypadku amatorskiego biegania dostaje się nie tyle za wynik, co za cały trud i wysiłek włożony w przygotowanie. Za te wszystkie dni, kiedy się nie chciało, kiedy inni zostawali w domu, kiedy pomimo wielu innych spraw my łomotaliśmy treningi. Coś w tym jest.

Tylko musimy teraz odpowiedzieć sobie na pytanie ile osób kończących maraton w powiedzmy ponad 5 godzin nabiegało taki wynik po solidnym przygotowaniu, a ile „z miejsca”, coś tam sobie biegając w wolnych chwilach? To za co ten medal?

Co ciekawe, o limitach czasowych mówimy zazwyczaj w kontekście maratonów i biegów ultra, gdzie rozdźwięk pomiędzy czołem, a końcem stawki jest najbardziej widoczny. Odnoszę wrażenie, że są to dystanse najbardziej pociągające dla nieprzygotowanych biegaczy, które pozwalają we względnie prosty sposób osiągnąć satysfakcję. Nie uogólniam i nie szufladkuję, ale piszę o biegaczach, których sam widzę, a którzy podejmują decyzję na zasadzie: „a może bym sobie jakieś ultra pobiegł”.

Co innego taka dycha, bo żeby osiągnąć wynik, którym można by zaimponować na fejsie, to trzeba się już nieźle namachać, a i tak mało kto doceni, no bo co to dycha. Ale i na dychę limity bywają absurdalne – 2-3 godziny! Przecież osoba robiąca dychę w takim czasie wybrała się na spacer, a nie na bieg! Oczywiście im dłuższy dystans pobiegnięty bez odpowiedniego przygotowania, tym większe ryzyko, że zrobimy sobie krzywdę, ale poziom absurdu jest porównywalny. Idąc dalej tym tropem można by ustalić 10-godzinny limit, albo rzeczywiście znieść go całkowicie, i twierdzić, że oni też mają prawo ukończyć bieg. Tak, mają… Ktoś powie, że to nie sport tylko rekreacja. OK, ale są też pewne granice mierzalne bardziej zdrowym rozsądkiem aniżeli wskazówkami zegara.

Startujesz – trenuj

Dla ilu osób predyspozycje czy wiek są wymówką usprawiedliwiającą lenistwo?

Piszę o tym, ponieważ niedawno Dominika Stelmach w tekście, za który zresztą trochę jej się oberwało, przekonywała, że bardziej rygorystyczne limity zmusiłyby zawodników do treningu i przemyślanego startu, odsiewając biegaczy, którzy startują być może tylko po to, żeby komuś zaimponować. Zgadzam się z ideą, ale wybieram inne narzędzie.

Jesteśmy dorosłymi ludźmi, więc nie podejmujmy decyzji za kogoś innego, a wprowadzenie bardziej surowych limitów czasowych niestety wykluczyłoby sporo biegaczy, którzy osiągają takie a nie inne wyniki nie ze względu na swoje lenistwo i wynikające z niego słabe przygotowanie, ale na przykład wiek albo po prostu predyspozycje. Przecież w końcówce stawki możemy znaleźć zarówno leserów, którzy kompletnie nie rozumieją ducha sportu jak i prawdziwych zawodników, którzy swój wynik wydarli dla siebie walcząc na treningu i na zawodach. I takim osobom nie można odebrać prawa do startu!

???????????????????????????????

Jest rolą nas wszystkich, aby uświadamiać i zachęcać do trenowania, a nie tylko startowania! Musimy namawiać i edukować, ale decyzji za nikogo nie podejmujmy.

Orła cień

Eddie Orzeł to postać autentyczna. Marzeniem Michaela Edwardsa, bo tak naprawdę się nazywał, był start w Igrzyskach Olimpijskich.  Start za wszelką cenę, a jako, że nie osiągał wybitnych wyników, które pozwoliłby mu się zakwalifikować, wybrał mało popularną w jego rodzinnej Anglii dyscyplinę, w której był dosłownie bezkonkurencyjny – skoki narciarskie. Eddie był zdeterminowany, oddany i nieustępliwy. Pomimo tego, że jego wyniki mogły wzbudzać litość i być powodem kpin, to wykazywał większego ducha sportu niż wielu jego rywali na skoczni.

Niedawno nakręcono film o Eddiem i jak to w filmie, historia wymagała, żeby trochę ją podkoloryzować, ale chciałbym przytoczyć wam dwa ciekawe cytaty, które nawet jeżeli w rzeczywistości nigdy nie zostały wypowiedziane, to niosą ze sobą mądrość: „Należy dawać z siebie wszystko w każdej sytuacji. Nie ma innego wyboru. Nawet jeżeli prowadzi to do porażki”.

Drugi cytat wiążę się z tym pierwszym, a został wypowiedziany przez Matti Nykaenena – największego skoczka w historii: „Ty [Eddie] i ja jesteśmy jak wskazówki zegara na 1 i 11. Jest nam do siebie bliżej niż do wszystkich pozostałych. Tylko maluczcy martwią się o to kto wygrał, a kto przegrał. Tacy jak my skaczą, żeby wyzwolić swoją duszę. Jeżeli nie damy z siebie wszystkiego na oczach całego świata… umrzemy w środku”.

Bądź sportowcem

Nie bój się tego, nie bój się zostać sportowcem i dawać z siebie wszystkiego na każdym kilometrze. Biegniesz, żeby wyzwolić swoją duszę, więc daj z siebie wszystko.

Jesteśmy biegaczami, zdecydowaliśmy się uprawiać ten sport i jeżeli decydujemy się startować w biegu, to znaczy, że jest on dla nas czymś więcej niż tylko joggingiem, ot takim sobie okazyjnym rekreacyjnym truchtaniem. A sport to wychodzenie poza swoją strefę komfortu, przełamywanie samego siebie i czerpanie z tego radości. Tak więc bądź sportowcem, wyznaczaj sobie ambitne cele i dąż do ich realizacji poprzez systematyczny i solidny trening!

W ten sposób wracamy jednak do motta tego bloga: Run Fast & Don’t Thnik Limits! 🙂

Reklamy

Jedna myśl na temat “No limits?

  1. Delikatny temat, ale rzeczywiście muszę się z Tobą zgodzić. Bieganie maratonu w 6h to jeszcze bieg czy już wycieczka krajoznawcza? Najbardziej raduje mnie widok tych, którzy biegają z pasją, dla których bieganie jest czymś więcej niż sposobem na zabłyśnięcie przed znajomymi. A zachwyty nad ukończeniem biegu w czasie spacerowym i jeszcze dokładanie do tego historii, jaką walkę się przeszło i jak w sumie to się za bardzo nie trenowało…budzi co najmniej moje zdumienie.
    A żeby było optymistycznie to też zachęcam do odważenia się! Czy z uśmiechem czy z grymasem na twarzy, warto jest po prostu pędzić ile siły w nogach. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s