Półmaraton Suhara

czyli siłowanie się z piaskiem

Patrząc na wyniki z poprzednich lat nie wiedziałem, co o tym biegu myśleć. Kosmiczne wyniki zwycięzców połówki, oscylujące koło dwóch godzin budziły pewien niepokój, ale żeby ten piach aż tak dawał w kość? Można by pomyśleć, że startowali po prostu słabi zawodnicy, ale kilku z nich znałem i wiedziałem, że nie są to cienkie bolki, a tutaj taka poniewierka. Wkrótce sam miałem się przekonać, o co biega.

Założenia na ten start były nijakie. Wiedziałem, że w tym przypadku na dobry czas nie ma się co napalać, ale chciałem powalczyć w klasyfikacji. Co prawda charakter trasy w dalszym ciągu pozostawał dla mnie dużą niewiadomą – pomimo wypytywania znajomych, którzy już tutaj biegali – ale szacowałem, że spokojnie jestem w stanie załapać się na pierwszą dziesiątkę, a przy odrobinie szczęścia może nawet zakręcić koło podium. Rzeczywistość miała boleśnie zweryfikować moje optymistyczne założenia.

Podstawowy dylemat, który do ostatniej chwili pozostawał nierozstrzygnięty, to wybór obuwia. Piach, piach i jeszcze więcej piachu. Takiego z gatunku tych sypkich, co to wsysają stopy i wsypują się w każdy zakamarek. Jechałem jeszcze w Nike Terra Kiger 2, ale ostatecznie wskoczyłem w adidasy adiZero XT Boost, których głównym atutem w takich okolicznościach przyrody był rzecz jasna wbudowany stuptut.

13921212_1052006891535783_6251752361190013384_n

Na miejsce dotarliśmy razem z Agnieszką pół godziny przed startem, więc czasu było już niewiele. Szybko odebrałem pakiet, przebrałem się, ogarnąłem żel i baton, które ostatecznie przytargałem ze sobą z powrotem i poszedłem na linię starty. Aha! Po drodze ulokowanych było kilka punktów odżywczych, ale żeby nie być od nich zależnym i nie tracić na nich czasu zabrałem ze sobą dwa soft flaski 250 ml – jeden napełniony wodą, drugi izo. Tym razem biegłem również z muzyką, mając nadzieję, że pomoże mi złapać rytm. Piszę o tym, bo już za chwilę wszystko to miały okazać się nietrafione wybory.

No to startujemy! Początek trasy prowadzi leśną ścieżką, więc jest jeszcze całkiem wygodnie. Co prawda trzeba sporo kręcić, ale jest ok i trzymam się mocno w pierwszej dziesiątce. Od początku czuję się jednak jakiś nieswój – jestem jakiś zesztywniały, boli mnie szyja, ramiona mam spięte, a pół litra płynów w łapie ciąży niemiłosiernie. To chyba przez długą jazdę w samochodzie i brak czasu na jakąkolwiek rozgrzewkę.

13962596_1052007491535723_4884868025041860294_n

Mija pierwszy i drugi kilometr, a my ciągle pocinamy po lesie, w chaszczach i lekkim błotku. Gdzie ta pustynia, myślę sobie. No i w końcu wbiegliśmy! To znaczy, w zasadzie dalej biegliśmy w lesie, ale ścieżka zdecydowanie zmieniła swój charakter i teraz brodziliśmy w piachu. Stawka nagle rozbiegła się na boki, a zanim zorientowałem się, o co chodzi już zostałem trochę z tyłu. Kto znał trasę, ten wiedział, żeby nie cisnąć ścieżką tylko trochę z boku, między drzewami, gdzie można było złapać twardsze podłoże.

Tak więc ja też czym prędzej pomknąłem w bok i rzeczywiście biegło się lżej, ale trzeba było mocno lawirować między drzewami, co chwilę się uchylać i schylać, a i tak dostawałem z gałęzi 😛 Taki bieg w ciągłym przygarbieniu i ciągłe wykręcanie sprawiły, że kompletnie nie umiałem złapać rytmu. Zaczęła mnie męczyć kolka, która trzymała przez jakieś 2/3 dystansu, a muzyka, która miała pomagać, tylko wkurzała.

Wiedziałem już, że nie będzie łatwo, ale napierałem dalej. Kilka osób mnie wyprzedziło, a ja wspólnie z dwoma innymi biegaczami mozolnie parłem przed siebie. Trasa była lekko pofałdowana, ale to nie był problem. Piach, piach i jeszcze raz piach. Nogi w nim grzęzły, kostki się wykręcały, w zasadzie ciężko nazwać to biegiem. Gdziekolwiek się dało starałem się łapać twardszy grunt, ale tempo i tak siadło okrutnie. W głowie odliczam kilometry do półmetka i Czubatki. Później będzie już z górki… i fizycznie i mentalnie.

13962591_1052011548201984_3424777649653531946_n

W końcu wybiegamy na otwartą przestrzeń Pustyni Błędowskiej i tam o dziwo udaje mi się złapać jako taki rytm i trochę nadrobić. Uciekam z mojej grupki i pocinam na przestrzał do kolejnych biało-czerwonych taśm orientacyjnie wyznaczających trasę biegu. Otwartą przestrzeń pokonuję dosyć szybko i sprawnie i znowu wbiegam między drzewa. Ścieżka znowu staje się bardziej przyjazna, bardziej leśna, ale przed sobą widzę już podbieg na Czubatkę. Krótki, ale bardzo stromy i kamienisty. Pokonuję go jak chyba wszyscy – z rękami na kolanach, a i tak parę razy muszę się asekurować bo zjeżdżam. Otuchy dodają jednak kibice i obsługa biegu, którzy obserwują nas ze szczytu.

IMG_3536

Dosyć szybko wdrapuję się na górę i w dobrym humorze przebiegam obok punktu odżywczego. Teraz na chwilę następuje całkowita zmiana krajobrazu. Czuję się jakbym wbiegał w jakąś puszczę! Trzeba być czujnym, bo ścieżki są wąskie i momentami bardzo strome. Nagle wyłania się malownicze jeziorko, wzdłuż którego biegniemy wąziutką ścieżynką – jeden nietrafiony krok i lądujesz w wodzie 😛 Tempo się poprawia, nogi łapią trochę wytchnienia i można złapać oddech. Szybko jednak kończy się ta sielanka i znowu wpadamy w piach.

Nie pamiętam już nawet dokładnie ile jeszcze wtedy było do mety – chyba jakieś 8 kilometrów. Szybko przeliczam sobie, że w takim układzie jeszcze jakieś 5-6 kilometrów piachu (wracamy tą samą trasę, którą przybiegliśmy, więc końcówka znowu musi być po leśnej ścieżce). Wydolnościowo nie ma problemu, ale siłowo jest bardzo ciężko. To nie mój styl biegania – nie jestem przygotowany na taką siłówkę. Nogi bolą coraz bardziej, kostki również, a w butach, które zawiodły na całej linii zbiera się coraz więcej uciążliwego piachu. Parę razy przechodzę do marszu, ale w zasadzie nie dlatego, że już nie mogę, ale nie chcę. Niestety, zaczynam odpuszczać. Ktoś mnie wyprzedził, kogoś ja wyprzedziłem, ale i tak mam wrażenie, że snuję się gdzieś pod koniec stawki i chcę to mieć już po prostu za sobą. Nie chce mi się już nawet specjalnie szukać lepszego podłoża i napieram środkiem piaszczystej ścieżki.

13906730_1052015371534935_1987503020216490218_n

W końcu dostrzegam między drzewami metę. Wpadam na nią w całkiem żwawym tempie i siadam wypompowany. Zegarek pokazuje 2 godziny i 15 minut na dystansie 21,6 km. Tak jak napisałem przed chwilą – wydolnościowo czuję się nawet świeżo (?!?), ale siłowo masakra. Dziwne uczucie. I rzeczywiście mój oficjalny wynik t0 2:15:30, ale wcale nie snułem się pod koniec stawki, bo zająłem 24. miejsce OPEN na 91 osób, które ukończyły bieg (ile startowało – nie wiem). I w tym miejscu budzi się we mnie sportowa złość. Złość na samego siebie, że odpuściłem, bo do 3. miejsca w kategorii wiekowej zabrakło mi 4 minut, które spokojnie byłem w stanie urwać. Ale w ten sposób mam sobie jeszcze coś do udowodnienia na Pustyni Błędowskiej! Zresztą myślę, że stać mnie na tej trasie na dużo lepszy wynik niż tylko o 4 minuty 😉

Półmaraton Suhara to bardzo specyficzny bieg i mam nadzieję, że bogatszy o tegoroczne doświadczenie będę mógł podczas przyszłej edycji poprawić swój wynik. Jakie więc wyciągam wnioski? Przede wszystkim, znając już trasę, wiem, że trzeba szukać twardszego podłoża. Poza tym, nie należy zbyt agresywnie atakować, bo można szybko się wypompować – tutaj liczy się spokój i równomiernie napieranie. Buty! Przed biegiem rozkminiałem jaki bieżnik, jaka podeszwa, jaka cholewka będą najlepsze, ale przecież jak najlepiej biega się po piasku? Boso! Bieg na bosaka nie jest najlepszym pomysłem ze względu na gałęzie, kamienie i tym podobne sprawy w kilku miejscach, ale postawiłbym chyba na Five Fingersy. Poza tym niepotrzebnie targałem ze sobą żel i mały baton Chia Charge, a i jeden soft flask przy tak dobrze zaopatrzonych punktach by wystarczył – tempo i tak pozwalałoby spokojnie łyknąć z kubka.

P8160660

Jeszcze może kilka słów na temat organizacji, ale tutaj nie ma się naprawdę do czego przyczepić. Fajnie wyznaczona i bardzo dobrze oznakowana trasa; bardzo dobrze zorganizowane punkty odżywcze; dobre zaplecze biegu; elektroniczny pomiar czasu. W pakiecie koszulka, oryginalny medal z piaskiem wewnątrz i świetna atmosfera. Nic dodać, nic ująć.

Półmaraton Suhara na Pustyni Błędowskiej był bardzo cennym doświadczeniem biegowym oraz bardzo solidnym wybieganiem i treningiem siłowym w realizowanym teraz przeze mnie planie. A przy okazji udało się poznać nowe, bardzo interesujące i unikatowe miejsce! Polecam 😀

DSCF9065

Reklamy

4 thoughts on “Półmaraton Suhara

  1. Biegłem w ubiegłym roku, bardzo miło wspominam. Wydarzenia losowe spowodowały, że nie dojechałem w tym roku, ale miał być to jedyny bieg w tym roku, który drugi raz powtórzę 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s