II Rafako Półmaraton Racibórz

Kiedy trasa prowadzi pod twoim oknem, a do startu masz 400 metrów zawsze trzeba uznać to za okoliczności sprzyjające dobremu bieganiu. Dlatego też miałem wobec tego startu spore oczekiwania. Co tu dużo ściemniać… Liczyłem na solidną życiówkę. Plany mogła jednak pokrzyżować pogoda oraz moja głowa, w której jak w mikserze mieszały się ze sobą pewność siebie oraz wątpliwości.

Przed startem

Pogoda od kilku dni przypominała wszem i wobec, że lato się jeszcze nie skończyło, a meteorologowie z uśmiechem na ustach zapowiadali na niedzielę kulminację upałów. Kto nie cieszy się z powrotu lata pod koniec wakacji?!? Biegacze! Na pogodę wpływu nie mamy, więc postanowiłem się nią zbytnio nie przejmować, a skupić na tym, co mogę poprawić.

Nie od dzisiaj mam świadomość, że głowa nie jest moim najmocniejszym punktem. I nie mam tutaj na myśli alkoholowy eskapad, chociaż w tym też plasuję się pod koniec stawki. Często podczas biegu i za metą mam wrażenie, że fizycznie stać mnie na więcej, ale jadę na zaciągniętym gdzieś tam w psychice hamulcu. Od paru miesięcy staram się dokształcać w tym zakresie, a przełomowa miała się okazać lektura „Jak bardzo tego chcesz” Matta Fitzgeralda. Tym razem miałem nie odpuszczać. Tym razem nie chciałem po biegu mieć do siebie pretensji, że mogłem urwać jeszcze parę minut i oczek w klasyfikacji.

Na pogodę nic nie poradzimy, ale musimy brać ją pod uwagę i możemy dobrze się przygotować na przewidywane warunki. Na kilka dni przed startem dbałem już o odpowiednie nawodnienie – oprócz wody piłem również napój hipertoniczny ALE, żeby dostarczyć organizmowi odpowiednich minerałów i wszystkich potrzebnych substancji, żeby na starci być zatankowanym po kurek. Oprócz tego oczywiście ładowanie węglowodanami i dbanie o regenerację poprzez rozciąganie i wałkowanie, ale to standard nie tylko przedstartowy.

Start

Celem było oczywiście nabieganie nowej życiówki, ale w panujących warunkach wydawało się to nie być proste. Fizycznie czułem się przygotowany bardzo dobrze zarówno pod względem dystansu jak i tempa, ale upał miał wszystko zweryfikować. Przed startem jeszcze jedna konsultacja z trenerem z Inżynierii Biegania i potwierdzenie taktyki na bieg – ustawiam się za zającami na 1:30 i później wedle samopoczucia przyśpieszam; planowałem ową ucieczkę rozpocząć lekko za półmetkiem, ale wszystko zależało od tego, jak będę się czuł.

1472381305img_8227-

Jako, że jestem dobrze nawodniony i odżywiony nie biorę tym razem ze sobą nic do picia, żadnych żeli – nic, co będzie mnie dodatkowo obciążać. Wiem, że na trasie będzie dużo punktów odżywczych, więc decyduję się polegać właśnie na nich.

Przed startem jest jeszcze okazja, żeby pogadać ze znajomymi, których jest całkiem sporo i u wszystkich widać obawę przed upałem. Waham się więc jeszcze czy nie zabrać bidonu, ale decyduję się trzymać taktyki.

W końcu odliczanie i biegniemy! Na 1:30 biegnie trzech pacemakerów, stoimy w pierwszych kilku liniach, więc pomimo prawie 700 zawodników nie musimy się zbytnio rozpychać. Ulica jest szeroka, więc stawka szybko się układa i każdy łapie swój kawałek asfaltu. Szybko orientuję się, że zające się pośpieszyli i ciśniemy zdecydowanie za wysokim tempem jak na 1:30, bo 4:10/km. Parę osób zwraca na to uwagę, ale pacerzy chcą chyba mieć zapas. Dla osób, które były nastawione na łamanie 90 minut może się  to okazać wyniszczającą taktyką, ale mi w zasadzie pasuje, bo chcę przecież urwać ile się da.

DSC_1281

Szybko kalkuluję różne opcje w zaistniałej sytuacji. Mogę lekko zwolnić do 4:15 i później zaatakować, ale na to może nie starczyć siły woli, albo trzymać się grupy i biegnąc szybszym tempem zaatakować dopiero w okolicach 16-17 kilometra. W grupie zawsze biegnie się lepiej, więc bez wahania wybieram drugą opcję.

Po kilku kilometrach zające jednak się reflektują i zaczynają trochę szarpać tempo, żeby za bardzo nie wyprzedzić zaplanowanego wyniku. Na półmetku słyszę głosy, że teraz to możemy biec nawet 4:20, a i tak dobiegniemy na odpowiedni czas. Trochę to nie po mojej myśli i wiem, że niedługo trzeba będzie się oderwać.

Biegnie mi się dobrze! Czuję, że treningi naprawdę dobrze weszły i Radek dobrze zaplanował przygotowania. Jasne, zmęczenie czai się gdzieś za rogiem, ale spokojnie kontroluję tempo, a psychika trzyma pion. Upał też jest do zniesienia. Punktów odżywczych jest sporo i są świetnie zorganizowane – wolontariusze są rozstawieni w długim szeregu, więc jest czas, żeby spokojnie złapać 2-3 kubki. Na każdym oblewam się wodą i robię chociaż łyk wody. Na trasie jest też bardzo dużo kurtyn wodnych, który schładzają rewelacyjnie, więc nie omijam żadnej z nich!

444558_1472413005_75569900

Wzdłuż trasy stoi dużo kibiców – oprócz zorganizowanych grup, które zagrzewają (to chyba złe słowo w tym przypadku) do walki są również spontaniczni kibice, których doping naprawdę dodaje sił. Biegnę w końcu u siebie, więc często słyszę również „dajesz Paweł!”, co daje dodatkowe +100 do mocy 😀

Na 14. kilometrze przebiegamy znowu przez linię startu, ale w przeciwnym kierunku, a zaraz za nią czeka na nas duży punkt odżywczy. Łapię szybko co się da i napieram dalej i… orientuję się, że zgubiłem grupę na 1:30, która zamarudziła chyba gdzieś przy wodopoju 😉 Cóż, szybciej niż bym chciał, szczególnie przy wyśrubowanym tempie, ale trzeba sobie radzić.

443430_1472385879_46785800

Skoro grupa się zreflektowała i postanowiła jednak zwolnić na 1:30, to ja zdecydowałem się utrzymywać tempo 4:10/km. Wbiegłem akurat na długą prostą, gdzie przeszkadzał przeciwny wiatr, z którym trzeba było walczyć w pojedynkę, co kosztowało sporo sił, ale jakoś wyszedłem z tego starcia obronną ręką… nogą 😉

Zmęczenie coraz mocniej dawało o sobie znać, ale powtarzałem sobie, że to nie zmęczenie tylko poczucie zmęczenia– gierki, którymi bawi się ze mną umysł. Nie zwalniałem więc i równo napierałem przed siebie, zostawiają kolejne kilometry w tyle.

18. kilometr to znowu długa prosta z wiatrem w twarz. Tutaj złapałem lekki kryzys – ciągle wszystko było pod kontrolą, ale chwilowe tempo spadło o kilka sekund. Na punkcie odżywczym wodę podawał jeden z moich uczniów i kiedy łapałem kubek powiedział cicho „Da pan radę!”. Te słowa, wypowiedziane prosto do mnie, zadziałały lepiej niż jakikolwiek środek dopingujący. Zebrałem się w sobie, spiąłem poślady i podkręciłem tempo.

19. kilometr. Jeszcze dwa do mety. Jest ciężko, ale wiem, że dociągnę to, co już ugrałem. Teraz nie odpuszczę! Tym razem nie chcę mieć do siebie żadnych wyrzutów na mecie! Jadę na 100%!

Nagle wyprzedza mnie jeden z pacemakerów na 1:30!!! Szybko kontroluję tempo – 4:10/km. Pomóc ci trochę? – pyta. OK, ale lecimy szybciej niż 1:30? – upewniam się. Tak. Chwilę biegniemy więc razem, ale on później podkręca jeszcze tempo i ucieka na parędziesiąt metrów.

Ostatni kilometr. Udaje się jeszcze kogoś wyprzedzić i nie odpuścić tempa ani na sekundę. Na finiszu dociskam jeszcze pedał gazu. Wbiegam na czerwony dywan i widzę już przed sobą bramę i bezlitosny zegar! Jeszcze kilka kroków i już mogę rozpoznać zmieniające się cyferki. Przekraczam linię mety i widzę, że jest 1:29 z hakiem. Średnie tempo 4:10, więc powinno być trochę mniej, ale znowu nabiegałem jakieś 200 metrów więcej, ale to nie jest ważne. Na szyi wisi już medal, a ja szybko idę do punkt po picie. Nie, nie chcę wody. Idę dalej i wlewam w siebie trzy kubki izo. Teraz, kiedy już nie biegnę czuję jak uderza we mnie upał.

57c2f5399025c_p

Idę na stoisko do chłopaków z Inżynierii. Jest SMS – oficjalny wynik to 1:29:04 i 46. miejsce OPEN. Jak się później dowiedziałem, również 6. miejsce w powiecie! Jest radość 😀 Jest satysfakcja z wyniku. Jest motywacja do dalszych treningów! Są ambitne cele na przyszłość!

Wnioski

Bieg w Raciborzu był jednym z najważniejszych moich startów w tym sezonie, ale jednocześnie był sprawdzianem przed biegiem docelowym jakim jest oczywiście PKO Silesia Marathon. Sprawdzianem, który wypadł bardzo dobrze. Mogłem przekonać się, że plan, który aplikuje mi Radek z Inżynierii Biegania rzeczywiście daje efekty. Oczywiście już wcześnie to czułem, ale teraz było oficjalne potwierdzenie. Od startu do mety czułem się pewnie i czułem, że kontroluję bieg. Pozostaje więc solidnie przepracować pozostałe tygodnie i wierzę, że w październiku znowu uda się zrealizować nasze plany.

14194432_10207599078443494_758950588_n

Jeszcze z kwestii technicznych warto dodać, że na nogach miałem adidasy adiZero adios Boost i tym razem adidas mnie nie zawiódł 😉

Bieg na medal

Nie myślcie, że piszę to, bo mieszkam w Raciborzu. Rafako Półmaraton Racibórz to bieg na medal i wzór do naśladowania dla organizatorów innych biegów. Nie jest to tak wielka impreza jak biegi w większych miastach, ale jest dopięta na ostatni guzik. Sam miałem okazję brać udział w jednym ze spotkań organizacyjnych w Urzędzie Miasta, co świadczy o tym, że organizatorom nie są obojętne opinie i uwagi uczestników. Wszystko gra tutaj jak należy – od funkcjonowania biura zawodów, przez zaplecze, wioskę biegacza, bieg charytatywny na przebiegu biegu głównego kończąc.

Nie chcę się tutaj rozpisywać bo nikomu, no może oprócz organizatorów 😉 nie chce się czytać takich peanów. Po prostu zapraszam wszystkich, żebyście w przyszłym roku przyjechali do Raciborza i sami się przekonali!

Reklamy

One thought on “II Rafako Półmaraton Racibórz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s