VII Bieg Przesiedleńczy

Na pierwszych trzech kilometrach trzeba nieźle nadeptać się pod górkę, więc nikt nie pali się do podkręcania tempa. Jedynie Robert Antczak i Tomasz Winkler wyrwali kawałek do przodu, ale i tak od początku było wiadomo, że ta dwójka jest poza zasięgiem, więc nie było sensu się szarpać. Za nimi utworzyła się za to kilkuosobowa grupa, w której każdy kalkulował siły – swoje i rywali. Dzięki rekonesansowi trasy sprzed kilku tygodni wiedziałem, czego się spodziewać i mogłem odpowiednio rozłożyć siły. Na podbiegach należało przede wszystkim zachować spokój, nie przydusić się i nie zostać w tyle. A później już cała naprzód.

Słońce grzeje, jest duszno, ale wdrapujemy się pod górkę całkiem sprawnie. Zaczyna się zbieg. Przyśpieszamy, ale mam wrażenie, jakby wszyscy trochę się hamowali – przed nami w końcu jeszcze spory dystans. Ja jednak na zbiegach czuję się mocny i całkowicie puszczam hamulce. Odskakuję na kilka metrów i wychodzę na trzecie miejsce. Jakoś dziwnie się czuję, biegnąc na tak wysokiej pozycji i jakoś nie chce mi się wierzyć, że będę w stanie dociągnąć ją do mety. W głowie ciągle słyszę słowa piosenki Soboty „Do góry łeb”:

Psia mać wiem, że stać cie na lepsze wyniki!
Poprawiasz statystyki ziom i wyrzucasz z siebie gniew,
przestajesz robić za tło, obudził się w tobie lew,
jakoś idzie trzymać pion, znaleźć ten zwierzęcy zew,
ostatni głęboki wdech, do góry łeb!

Arek Kubik (przewodniczący miejscowego klubu biegowego) dotrzymuje mi kroku i nie pozwala odetchnąć. Co jakiś czas zrównuje się ze mną, dając do zrozumienia, że nie odpuszcza. Biegniemy teraz ciągle lekko w dół i zwiększamy przewagę nad resztą biegaczy. Arek biegnie u siebie, więc może liczyć na doping kibiców, ale poniekąd mnie też to napędza – budzi się we mnie sportowa złość, która nie pozwala dać się wyprzedzić.

Na punkcie z wodą łapię tylko kubek i wylewam na siebie jego zawartość. Niewielka to ulga w takim upale, ale chociaż tyle. Wybiegamy z wioski i wbiegamy na niezwykle malowniczą ścieżkę między stawami pełnymi ptactwa. Nie ma jednak czasu na podziwianie widoków. Oglądam się za siebie i widzę, że Arek razem z jeszcze jednym biegaczem, który do niego dołączył, zostali trochę w tyle. Pozostaje mi tylko utrzymać tempo, ale ciągle jestem przekonany, że oni trzymają siły na mocny finisz i zaatakują na końcówce. Na ścieżce w kilku miejscach jest błoto – ślizgam się i gubię rytm, ale na szczęście wszystko szybko wraca do normy.

Kilometry mijają szybko, a ja przypominam sobie fragmenty książki „Jak bardzo tego chcesz?” i sam zadaję sobie właśnie to pytanie – Jak bardzo tego chcesz? I nie odpuszczam!

Ledwo oddychasz, towarzystwo na ogonie,
lecz jeszcze nie zdychasz, bierz los w swoje dłonie.

Wybiegam znowu na dobrze mi znaną asfaltową drogę. Przed nami jeszcze kilka kilometrów, ale ja powtarzam sobie, że jeszcze tylko kawałek – do torów, do skrzyżowania i potem już do boiska. Jakimś cudem zwiększam jeszcze wysiłek i dokładam jeszcze kilka metrów do przewagi nad 4. zawodnikiem.

Mijam grupkę kibiców i słyszę jak któryś z nich mówi „pechowa 13” – taki właśnie miałem numer startowy. O nie, – myślę sobie – to będzie szczęśliwa 13!

Wiem już, że i tak biegnę na życiówkę na dychę, ale muszę dołożyć jeszcze kilkaset metrów, bo oficjalny dystans to 10,3 km. Widać już boisko, ale oglądam się co chwilę za siebie, jakbym się bał, że zaraz ktoś przebiegnie obok mnie. Mam jednak dużą przewagę. Jeszcze zakręt w prawo, bieg wzdłuż boiska, w lewo i jest meta! Siadam na ziemi, wylewam na siebie wodę i ciągle nie mogę uwierzyć w to, że jestem 3!!!

Pewnie wtedy nie było tego po mnie widać, bo zmęczenie było ogromne, ale radość i poczucie satysfakcji były niesamowite – to odczucia, która trzeba w sobie przywoływać na ciężkich treningach, kiedy nic się nie chce. Odczucia, które motywują do jeszcze większej pracy.

Mój oficjalny wynik to 40 minut i 5 sekund; śr. tempo 3:52/km, czyli zdecydowanie poprawiłem swoją życiówkę na dychę, wykręcając czas wyraźnie poniżej 39 minut. (Pełne wyniki TUTAJ) Oczywiście nie miałem siły ani głowy do tego, żeby na 10. kilometrze wciskać lapa, co zresztą i tak nie miałoby sensu, ale świadomość tego, że pobiegłem dychę takim tempem dodaje siły psychice i wiary we własne siły przed zbliżającym się wielkimi krokami Silesia Marathon!

Reklamy

One thought on “VII Bieg Przesiedleńczy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s