PKO Silesia Marathon 2016

Ulga

Po przekroczeniu linii mety odczuwałem przede wszystkim ulgę. Nie mam tutaj na myśli fizycznej ulgi wynikającej z tego, że wreszcie mogę się zatrzymać, usiąść, złapać oddech i zalać się do pełna Colą, ale ulgę psychiczną z tego, że wreszcie się to skończyło. Wiem, brzmi jakbym opisywał jakiś koszmar, a nie czynność, która ma przecież sprawiać mi przyjemność i która naprawdę daje mi dużo radości. Nie zmienia to jednak faktu, że zarówno maraton sam w sobie jak i solidny trening pod ten start nie są tak do końca przyjemne w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Nie oszukujmy się, to bardzo specyficzny rodzaj przyjemności, od której niekiedy można mieć ochotę na chwilę odetchnąć.

Kilka miesięcy solidnego łojenia kilometrów siada nie tylko na mięśnie, ale i na psychikę. Przynajmniej w moim przypadku. Tak mam, że  jeżeli wyznaczam sobie jakiś cel, to zaczynam nim żyć, towarzyszy mi na każdym kroku i nie potrafię się z niego otrząsnąć. Każdy kilometr przebiegnięty na treningu, to w głowie odlot na trasę biegu, mimowolna wizualizacja walki i mety. Kładę się spać, siedzę na kiblu, jadę spóźniony rowerem do pracy, a gdzieś tam z tyłu głowy umysł ciągle biegnie. Niekiedy to męczy i mam ochotę zmienić już płytę.

dscf9670

Nie, nie chodzi mi o to, że mam ochotę rzucić bieganie! Chodzi mi o to, że odczuwam już potrzebę przerzucenia się na inny cel, na świeżą motywację, żeby nabrać od nowa rozpędu. Szczególnie jeżeli mówimy o takim długoterminowym celu jakim jest maraton. Co prawda miałem po drodze przystanki w postaci dyszek i półmaratonu, ale to jednak królewski dystans ciągle majaczył na horyzoncie jako punkt wedle którego wyznaczałem kurs.

Odczułem więc ulgę, że mogłem w końcu wyrzucić z myśli ten natrętny maraton i poszukać sobie kolejnego wyzwania, które będzie mi towarzyszyło przez następne tygodnie i miesiące…

Słaby dystans

Trzeba sobie obiektywnie powiedzieć, że maraton to mój najsłabszy dystans, który zresztą również najmniej lubię biegać. Te 42 kilometry z hakiem mają swoją magię i niepowtarzalny urok, których nie da się podrobić na krótszych dystansach, ale to jednak właśnie 10 i 21 km są dystansami, na których czuję się najmocniejszy i których bieganie sprawia mi najwięcej frajdy.

Analizując wartość VDOT u Danielsa na na tych trzech dystansach widać wyraźnie, że im dalej, tym słabiej. Z moim wynikiem z dychy wskakuję w okolice 53-54 poziomu. Połówka to już 52, a maraton tylko 47. Może po prostu nie mam predyspozycji do maratonu, a może przegrywam w innym miejscu, co nie zmienia faktu, że bezlitośnie tym maratonem się katuję, nie mogąc pogodzić się z tak niewspółmiernymi wynikami. Z zapałem klepię kolejne treningi w nadziei, że mój poziom z dychy w końcu się rozbiega i uda mi się złamać trójkę na maratonie.

Wiedziałem, że jeszcze nie teraz. Trening był mocny, ale musiałbym zbyt dużo urwać z życiówki, a do tego na parę tygodni przed startem przypałętało się przeziębienie, które oprócz tego, że wykreśliło z mojej rozpiski ważne treningi, podkopało również pewność siebie.

80350-msl16-1573-42-000101-msl16_02_mp_20161002_090025

Stanąłem więc na starcie w Katowicach z mocnym postanowieniem nabiegania życiówki. O ile ta nowa miała być lepsza od starej? O ile się da! Liczyłem na zakręcenie się w okolicach 3:10 – 3:15, ale wiedziałem, że lekko nie będzie, bo przecież nigdy nie jest, i byłem przygotowany na walkę.

Wspólnie z Radkiem z Inżynierii Biegania ustaliliśmy, że startuję spokojnie w tempie 4:30 – 4:35/km i za 30. km przyśpieszam jeżeli będą siły. OK. Najszybszy zająć pociska na 3:30, więc wiem, że jestem zdany sam na siebie.

80350-msl16-1573-42-000101-msl16_01_kkn_20161002_090647

Startujemy. Emocje niosą, wszyscy wyrywają do przodu, bo wiadomo, że na pierwszych kilometrach tempo maratońskie wydaje się świńskim truchtem. Szybko się jednak opamiętuję i nie zważając na wyprzedzających mnie biegaczy zwalniam i trzymam się założonego planu. Pogoda jest przyjemna – ciepło, ale nie za bardzo, trochę pochmurno, bez większego wiatru. Biegnie mi się bardzo przyjemnie, na luzie, chociaż od czasu do czasu muszę odganiać od siebie negatywne myśli, które chcą mnie przytłoczyć wizją dystansu, który jeszcze przede mną.

Biegniemy koło Spodka, dalej przez miasto i do zielonej Doliny Trzech Stawów. Stawka się układa, a na tą chwilę największym wyzwaniem jest nieszarpanie tempa, które udaje się utrzymywać w ryzach na poziomie 4:33/km. Później wbiegamy w magiczny Nikiszowiec i żałuję, że to już teraz! To miejsce niesamowicie dodaje energii, która przydałaby się na 30. kilometrze, a to dopiero 16… Niestety mam wrażenie, że odwrócona trasa jest mnie pociągająca.

80350-msl16-1573-42-000101-msl16_01_kgl_20161002_100848

Dalej trasa prowadzi przez typowy krajobraz aglomeracji śląskiej, gdzie nie ma na czym uczepić myśli w chwili kryzysu. Wiedziałem, że tak będzie, więc na playlistę wrzuciłem mix różnych gatunków, który miał mi nieść ratunek i rzeczywiście muzyka była odskocznią.

Trasa wydaje mi się o wiele bardziej pagórkowata niż zapamiętałem to z biegu sprzed dwóch lat. Wtedy były przecież tylko dwa czy trzy podbiegi i to takie znośne, a teraz mam wrażenie, że prawie ciągle biegniemy góra-dół-góra-dół, tylko z rzadka łapiąc płaskie fragmenty. A przecież to ta sama trasa tylko w przeciwnym kierunku!

dsc_3873

Na półmetku czuję się dobrze, jedynie te podbiegi dają mi się we znaki. Nie wiem jak będzie dalej… W głowie na przemian chwile zwątpienia i zrywy pewności siebie. Na 23. kilometrze wciągam drugi żel. Jest dobrze – byle do 30 i później już tylko kawałek.

Jest 26. i 27. kilometr – robi się jakoś słabo. Kolejne podbiegi, niby nic, takie małe, niepozorne, a nogi nie chcą się wspinać. Gdzieś tutaj łączyliśmy się z trasą połówki, na którą biegacze wyruszyli godzinę po nas. Kiedy mijam teraz wolniejszy tłum nie jestem pewien czy ten widok mnie napędza czy pogrąża.

80350-msl16-1573-42-000101-msl16_01_kgl_20161002_122029_2

Mijam tą cholerną trzydziestkę, ale zamiast przyśpieszyć z trudem utrzymuję tempo i chociaż ciągle walczę, to wiem już, że nie podołam, więc do dupy z taką walką. Ciągnę jeszcze, ale na trzydziestym-którymśtam kilometrze przechodzę na chwilę do marszu… Ja chcę biec, a nogi mnie nie niosą! Kilka kolejnych kilometrów to właśnie taka walka i bieg na przemian z marszem. Od kilometra do kilometra, od punktu do punktu. Z nerwowym wpatrywanie się w cyferki na Garminie, które wystawiają mi bezlitosną ocenę. Dopiero na końcówce znowu się zrywam i biegnę… tempem takim jak na początku!

Niecenzuralne słowa cisną mi się na usta, bo jeżeli od startu aż za 30 km biegnę równo, później łapię kryzys, a końcówkę biegnę znowu dobrze, a nawet szybciej, to wiem, że ten kryzys był w głowie!

80350-msl16-1573-42-000101-msl16_01_kkn_20161002_122159

Ale od startu do mety, nawet w tych najcięższych momentach, kiedy gęba krzywiła się w grymasie cierpienia, ja w duchu się uśmiechałem. Miałem z tego biegu frajdę i radochę od pierwszego do ostatniego kroku. Jedną z piosenek, która grała mi w uszach na tych kilometrach było That’s a beautiful day U2 i ja wiedziałem, że to jest piękny dzień bez względu na czas na mecie.

Piękne doświadczenie

Na szyi wisiał już medal, a ja siedziałem oparty o ścianę. Całe ciało drżało mi ze zmęczenia, a na twarz miałem nasuniętą czapkę, bo w oczach kręciły mi się łzy. Łzy szczęścia, bo ten maraton to było niesamowite i piękne doświadczenia. Od samego startu, który miał miejsce kilka tygodni wcześniej, aż do tego dnia, kiedy przekroczyłem linię mety… To ta chwila, kiedy w duszy wrze mieszanina uczuć – radości, ulgi, spełnienia i innych, których nie sposób nazwać.

Wypełnić pustkę

Czas, który osiągnąłem na Silesii to 3:21:19, który dał mi 101. miejsce na 1448 osób, które ukończyły bieg. Myślę, że całkiem przyzwoicie jak na najsłabszy dystans 😉 Wynik sam w sobie być może jest trochę poniżej oczekiwań, ale trasa na Śląsku nie należy do łatwych, więc jestem zadowolony. Poprawiłem życiówkę o prawie 8 minut, więc jak tutaj nie być zadowolonym 😀

80350-msl16-1573-42-000101-msl16_02_mp_20161002_122143_1

Pustka, która przychodzi za linią mety od razu domaga się tego, aby zapełnić ją kolejnymi wyzwaniami. Nie mam jeszcze bardzo konkretnie sprecyzowanych planów, ale wiem, że będę kontynuował moją współpracę z Inżynierią Biegania, bo widzę sens w takim spojrzeniu z zewnątrz i wykorzystywaniu trenerskiej wiedzy. Wiem również, że jeżeli w ogóle pobiegnę jakiś maraton wiosną, to będzie to start turystyczny bez parcia na wynik – raczej dla oswojenie się z dystansem… chyba 😉

Chciałbym za to skupić się na poprawieniu szybkości i na bieganiu moich ulubionych dyszek i połówek 🙂 Trzeba teraz solidnie przepracować zimę, żeby w nowym roku zaatakować życiówki właśnie na tych dystansach, a maratońskie zmagania odkładam sobie na jesień. Tak kombinuję, żeby poprawić szybkość,  zrealizować mocny cykl pod maraton i jesienią zaatakować jakiś mocny start.

80350-msl16-1573-42-000101-msl16_01_sw_20161002_094557_2

Reklamy

5 thoughts on “PKO Silesia Marathon 2016

  1. […] Maraton zawładnął moją duszą podstępnie. Skradał się latami i zabierał dla siebie kolejne fragmenty mnie. Ciągle nie chciałem tego zaakceptować, ani przyznać się do tego, że to maraton zaczyna dyktować warunki. Ciągle powtarzałem sobie i innym, że nie lubię tego dystansu, że biegam go trochę z przymusu. Mimo to po Silesii 2014 nastąpił maraton w Opolu, później bez wahania zapisałem się na Wrocław. I znowu Opole, i znowu Katowice. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s