Maraton. Trudna miłość.

Już na kilka tygodni przed startem w Silesia Marathon wiedziałem, że robię sobie przerwę od królewskiego dystansu – wiosną skupiam się na szybkości i poprawie życiówek na krótszych dystansach, a później solidnie przepracuję lato, żeby jesienią znowu zaatakować ten najbardziej prestiżowy dystans. Dlatego siedząc za linią mety w Katowicach czułem pewną ulgę, że mogę odpocząć od długich wybiegań, ciężkich biegów ciągłych i ponad 100 kilometrowego dystansu robionego w tygodniu. Cieszyłem się na więcej szybkiego biegania, które też przecież mocno poniewiera, ale które tak bardzo lubię. Minęło kilka dni… Zapisałem się na kwietniowy Maraton Wiedeński!

1 (3)

Pierwszy raz

Mieszkałem wtedy około 100 kilometrów na wschód od Stambułu i na każdym treningu ulicami miasta zmagałem się z różnicami kulturowymi, które sprawiały, że biegacz postrzegany był jako okaz egzotycznego zwierzęcia. Miałem za sobą ponad rok chaotycznego biegania i jedną spontaniczną połówkę na koncie, którą ku mojej ogromnej radości udało się nabiegać poniżej dwóch godzin.

Na informację o Eurasia Marathon natrafiłem przypadkowo, już właściwie nie pamiętam nawet jak, ale od razu wiedziałem, że muszę zaliczyć ten międzykontynentalny bieg, który startuje w Azji, a finiszuje w Europie. Mój trening nie byłem nawet przez chwilę zbliżony do treningu maratońskiego, bo w ogóle żadnego treningu nie było. Było tylko bieganie kilka razy w tygodniu według samopoczucia, zafascynowanie bieganiem naturalnym i ogromna wola walki podniecana motywującymi filmikami w Internecie.

298574_248723148511411_386856271_n

Na linii startu stanąłem głodny, niewyspany, kompletnie nie wiedząc czego się spodziewać, ale nakręcony jak króliczek Duracell. Pierwsze kilkanaście kilometrów było jak przyjemne rozbieganie, ale później zaczęła się walka o przetrwanie i dotarcie do mety. Pomimo mojego okrutnego wyniku, który brutalnie obnażył mój brak przygotowania, na mecie czułem radość i dumę nie do opisania.

Antrakt i przełamanie

Byłem sponiewierany… psychicznie, bo nogi i reszta ciała względnie szybko zebrały się w sobie, ale przez następnych parę lat najdłuższy dystans na jaki stać było moją głowę, to był półmaraton. Wspomnienia ze Stambułu skutecznie powstrzymywały mnie przed zapisaniem się na kolejny maraton. Aż do lata 2014, kiedy w końcu zdecydowałem się przełamać i wystartować w Silesia Marathon. Tym razem miałem już w nogach i głowie kilka lat bardziej rozsądnego biegania i wiedziałem lepiej jak ugryźć temat. Wtedy w Katowicach nastąpiło przełamanie.

Rytm

Maraton zawładnął moją duszą podstępnie. Skradał się latami i zabierał dla siebie kolejne fragmenty mnie. Ciągle nie chciałem tego zaakceptować, ani przyznać się do tego, że to maraton zaczyna dyktować warunki. Ciągle powtarzałem sobie i innym, że nie lubię tego dystansu, że biegam go trochę z przymusu. Mimo to po Silesii 2014 nastąpił maraton w Opolu, później bez wahania zapisałem się na Wrocław. I znowu Opole, i znowu Katowice.

Chyba w końcu dorosłem do zrozumienia, że to jednak jest miłość. Trudna, skomplikowana, pod górkę, ale miłość. Maraton ma w sobie magię, której nie potrafię odkryć na krótszych dystansach, które przecież tak lubię biegać. To trochę wyświechtane, ale maraton to święto. Święto, którego nie chciałbym nadużywać i które należy poprzedzić okresem specyficznego postu wypełnionego mocnym treningiem i skupieniem.

Nie chciałbym biegać maratonów zbyt często, żeby gdzieś po drodze nie zgubić tej magii – boję się, że mógłbym jej już nie odnaleźć. Maraton wiosną i jesienią, jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, wyznaczają rytm życia i są Świętami, których się wyczekuje.

Vienna City Marathon

Zapragnąłem wycisnąć z tego Święta jeszcze więcej słodkiego soku. Zejść ze znanych i utartych tras i świętować na całego. Zacząłem szukać – musiał się zgrać termin, względnie szybka trasa, no i finansowo bez przegięcia. Maraton w Wiedniu świetnie wpasował się we wszystkie moje wymagania.

Vienna City Marathon posiada złotą odznakę IAAF, co oznacza, że można spodziewać się szybkiego biegania. Do tego trasa jest ciekawa i z pewnością będzie na czym zawiesić oko. W Wiedniu byłem tylko raz i pamiętam, że zrobił na mnie oszałamiające wrażenie, więc chętnie przyjrzę mu się z biegowej perspektywy.

557260_406730399377351_1275508866_n

Na pogodę wpływu nie mamy, ale końcówka kwietnia, to dobry moment na start w maratonie – można spodziewać się raczej korzystnych warunków. Poza tym termin wpasowuje się idealnie w miesiąc po starcie kontrolnym, na który wybrałem sobie Półmaraton Warszawski.

Finansowo to oczywiście inna bajka niż krajowe bieganie i trzeba liczyć się z o wiele wyższymi kosztami, ale wychodzi i tak znośnie w porównaniu do bardziej egzotycznych lokalizacji. Kilka osób pytało mnie już o kwestie finansowe, więc nie będę się tutaj nad tym rozpisywał, a poświęcę na to osobny wpis. Warto tylko zwrócić uwagę, że wpisowe uzależnione jest nie od daty zgłoszenia, a od liczny uczestników – im więcej zgłoszonych zawodników tym wyższe wpisowe. Ja załapałem się na 89 Euro + 5 Euro za chip.

VCM LOGO 2012 4C

Przede mną perspektywa kilku miesięcy mocnego biegania w treningu maratońskim po raz kolejny pod okiem trenera z Inżynierii Biegania. Kiedy nogi będą nabijały kilometry na dobrze mi znanych i odmierzonych chodnikach, ulicach i ścieżkach głowa będzie już na trasie w Wiedniu. Jest już tam od kilku dni. Już zdążyłem się zafiksować i pozwolić, żeby maraton znowu całkowicie mną zawładną.

Advertisements

3 thoughts on “Maraton. Trudna miłość.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s