XII Bieg Barbórkowy

Od rana wszystko szło jakoś pod górkę. Obudziłem się z katarem i ciągnąłem chusteczki w takim tempie, że przez chwilę myślałem nawet o odpuszczeniu biegu. W biurze zawodów ustawiłem się w złej kolejce po numer startowy. Na szczęście ciuchów nie zapomniałem, ale kiedy na kilkanaście minut przed startem odpaliłem Garmina on nie zareagował. Nie miałem nawet ochoty myśleć czy padł, czy tylko bateria, którą zresztą dzień wcześniej zatankowałem pod kurek, spłatała mi figla. Wcisnąłem w uszy słuchawki, załadowałem playlistę i uruchomiłem nieużywane od niepamiętnych czasów Endomondo. Dopiero po kilkudziesięciu metrach od startu zorientowałem się, że nie usłyszałem charakterystycznego GO

Na bieg do Rybnika, który miał być zresztą moim ostatnim startem w tym roku, jechałem z nie do końca sprecyzowanymi oczekiwaniami. Dzisiaj dowiedziałem się od trenera, że był pewien, że wykręcę życiówkę i zresztą ja też czułem, że forma jest. W końcu tydzień wcześniej, w ramach przedstartowego przetarcia, nabiegałem 7 km średnio po 3:46/km na względnym luzie, a parę tygodni wcześniej urwałem niespodziewaną życiówkę na Półmaratonie Wodzisławskim. Na starcie nie czułem się jednak do końca pewnie. Nasłuchałem się o tej trasie w Rybniku i duszących podbiegach, więc wolałem podejść do biegu z dystansem. Założenie było proste – na zbiegach lecieć na pałę, wytrzymać na podbiegach i nie odpuszczać na płaskim.

Przed startem razem z Ireneuszem Stachowiakiem - prezesem klubu Forma Wodzisław. (zdj. Festiwal Biegowy)
Przed startem razem z Ireneuszem Stachowiakiem – prezesem klubu Forma Wodzisław. (zdj. Festiwal Biegowy)

Nie usłyszałem sygnału z Endomondo, bo ono po prostu się nie włączyło. Jak miało się okazać chwilę później, playlistę też źle ustawiłem i po paru kawałkach biegłem w ciszy. Liczyłem, że z braku Garmina Endo chociaż orientacyjnie nakreśli mi tempo, ale nic z tego. Tym razem miałem biec całkowicie na czuja, co w moim przypadku oznaczało na pałę. Nie mam wyczucia tempa i nie potrafię określić czy biegnę 3:54 czy 3:49 na kilometr. Szczególnie na pofałdowanej trasie. Szybko więc sobie wszystko przekalkulowałem i wyliczyłem, że nie ma co kombinować tylko trzeba od początku napieprzać ile fabryka dała. A później się zobaczy. Zresztą pierwsze kilometry idą lekko w dół, więc tutaj i tak nie planowałem żadnych rezerw.

Nie miałem pojęcia jakim tempem napieramy, ale wiedziałem, że jest szybko. W tłumie wyłapałem też jakieś znajome twarze, które mniej więcej potrafiłem ulokować na tabeli wyników, żeby mieć chociaż taki punkt odniesienia. Najbardziej bałem się podbiegu w okolicach 4 kilometra, który na profilu trasy prezentował się groźnie. W rzeczywistości jednak ledwo go odczułem i wszedł w nogi bez większego problemu. Jak się później okazało, na półmetku miałem czas 18:27, czyli tempo 3:41/km! Rewelacja, a do tego biegło mi się naprawdę dobrze.

(zdj. Ania Siwczyk)
Biegnę z numerem 219; trzymam się jeszcze w grupie, gdzie walczą najszybsze kobiety. (zdj. Ania Kolarczyk)

Chwilę za półmetkiem zapytałem biegacza, u którego wypatrzyłem zegarek, jakim tempem biegniemy. On odparło, że koło 3:40, ja pomyślałem tylko: co ty pier#*&$z! Ale jak widać, rzeczywiście tak było.

Na drugiej połowie przyszedł jednak lekki kryzys – zaczęła mnie męczyć kolka. Musiałem trochę zwolnić i grupa, której się trzymałem odjechała. Nie pozwalałem sobie jednak na zwątpienie i odpuszczanie. Wiedziałem, że muszę się skupić i dowieźć wynik, chociaż nie miałem wtedy pojęcia jaki on jest.

Po chwili udało mi się opanować sytuację i znowu złapać dobre tempo, ale wtedy wyrósł przede mną przeciwnik, którego wcześniej zignorowałem. Ten podbieg dla odmiany na profilu wydawał się całkowicie niepozorny, a teraz, kiedy do mety został już tylko jakiś kilometr, bezlitośnie wgniatał w ziemię. Nie żeby był jakiś ogromny i bardzo stromy, ale w tamtym momencie mocno przydusił.

Meta jednak przyciągała do siebie, a ja czułem, że jest dobrze. Nie wiedziałem tylko jak dobrze. Kiedy zobaczyłem już wydętą bramę dołożyłem jeszcze trochę do pieca i ledwo wyhamowałem przed wyciągniętymi rękoma, które chciały zawiesić medal na mojej szyi. Złapałem szybko biegacza, który finiszował chwilę przede mną i pytam jaki ma czas. Podejrzanie długo wpatrywał się w swój czasomierz i w końcu niepewnie rzucił coś na temat 37 i pół minuty. Czy to możliwe?! Za chwilę miałem okazję sprawdzić mój wynik na komputerze w namiocie przy linii mety i rzeczywiście! Mój oficjalny wynik to 37 minut i 33 sekundy, co daje średnie tempo 3:45/km.

Na mecie wspólnie ze zwycięzcą biegu - Dawidem Maliną z Inżynierii Biegania.
Na mecie wspólnie ze zwycięzcą biegu – Dawidem Maliną z Inżynierii Biegania.

Połówka w Wodzisławiu i dycha w Rybniku to dwa biegi, które są świetnym zwieńczeniem tego sezonu. Dwa biegi, na które czekałem cały rok, który był wypełniony lepszymi i gorszymi startami, ale ani razu nie czułem, że pobiegłem na 100% swoich możliwości. Za to na zakończenie roku udało mi się to odrobić z nawiązką, bo są to wyniki o jakich nawet nie marzyłem. Pokazują one, że trening aplikowany mi przez Inżynierię Biegania daje rezultaty. W bieganiu potrzebna jest cierpliwość, a ciężka praca musi przynieść efekty. Moje wyniki na dychę w lecie nie były tak satysfakcjonujące. Połówka z życiówką i świadomością, że stać mnie na więcej. Podobnie maraton. Wtedy było może jeszcze zbyt wcześnie, żeby zobaczyć efekty treningu, może jeszcze nie wszystko zaskoczyło. Jednak skupienie, cierpliwość i praca przyniosły efekty 🙂

Są to wyniki, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie warto stawiać przed sobą żadnych barier ani granic, ale realizować kolejne cele.

pc060819

Reklamy

One thought on “XII Bieg Barbórkowy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s