Dlaczego nie biegam ultra… jeszcze?

Ultra chodzi za mną już od dawna, przyczepiło się do mnie chyba chwilę po przebiegnięciu pierwszego maratonu, który zresztą do dzisiaj budzi we mnie skrajne emocje – od trudnej do opisania ekscytacji po traumę. Ultra przyciąga, bo jest w nim jakaś magia, której jeszcze nie potrafię nazwać. Pomimo tego, że co kilka miesięcy jak bumerang powraca w mojej głowie pytanie, czy to już teraz, to staram się nie spieszyć. Nie chcę na siłę naciągać mojego startu w ultra, żeby po prostu nie spieprzyć tego przeżycia.

Ambicja jest jak głód, który można zapchać byle jakim fast foodem, który w końcu nas dobije, albo pełnowartościowym pokarmem, po którym nie chce się spać, a który dodaje energii do działania. A bieganie i ambicja są ze sobą nierozerwalnie związane, bo chyba dla każdego z nas sport wiąże się z jakimiś wyzwaniami, które przed sobą stawiamy. Trzeba tylko pamiętać, że w bieganiu kluczowa jest cierpliwość i wytrwałość, bo każda droga na skróty kończy się brutalną ścianą.

Chyba mam ostatnio pecha, bo kilka razy obiły mi się o uszy heroiczne opowieści ultrasów, którym to niemalże udało się ukończyć bieg na tak niewyobrażalnym dystansie. A że ostatnimi czasy jestem jakiś zmierzły i zgryźliwy, chociaż chyba jednak jestem taki po prostu z natury, to strasznie mnie ta gadanina wnerwiła i wjechała na psychikę do tego stopnia, że od kilku tygodni ten temat nieprzerwanie za mną chodzi.

dsc_9785
zdjęcie: Festiwal Biegowy

Przebiec, chociaż to chyba zbyt duże słowo, ultra to hardcore i co z tego, że ledwo zaliczam maraton i klepię głównie połówki i dyszki. Fejm na mieście będzie i to jest najważniejsze. Taki jest chyba tok myślenia wielu biegaczy, jeżeli nie większości. Przynajmniej takie odnoszę wrażenie z zasłyszanych rozmów. Czy dla kolesia i babki w średnim wieku, biegających ledwo od paru lat i u których wciąż widać wyraźne ślady zasiedzenia maraton to naprawdę za mało? Czy to już ten moment, kiedy nie ma pola manewru na krótszych dystansach, czy może chodzi jednak o coś innego? O nienażartą ambicję.

„Niedużo jej zabrakło, a dostałaby medal…”

„Żeby zmieścić się w limicie zabrakło mu tylko kilkanaście kilometrów…”

Takie zdania słyszę wypowiadane z nieskrywanym podziwem przez znajomych owych ultrasów, ale we mnie te dokonania nie budzą żadnego podziwu. Pomijając jakieś niefartowne przypadki, jeżeli nie ukończyłeś biegu, to po prostu nie byłeś do niego odpowiednio przygotowany. To nie jest tak, że już wbiegałeś na ostatnią prostą, już widziałeś linię mety i zmieniające się cyfry na dużym zegarze, już byłeś tuż tuż. Nie! Jeżeli miałeś do mety kilkanaście kilometrów, to byłeś w czarnej dupie. Chyba nie pomylę proporcji jeżeli powiem, że skoro tobie zabrakło tylko kilkunastu kilometrów, to ja prawie złamałem trzydziestkę na dychę, bo zabrakło mi tylko siedem i pół minuty.

Możecie się ze mną nie zgadzać, ale moim zdaniem bieganie byle jak ultra zamiast na przykład solidnego przygotowania do dychy, to właśnie droga na skróty. Na sąsiadach złamana czterdziestka na 10 km nie zrobi wrażenia, ale jeżeli ukończymy bieg na setkę, to nikt o czas pytał nie będzie.

Ilość ponad jakość to przypadłość, która dotyka dużą część biegowego grona. Trenowanie dużo, ale bezmyślnie. Startowanie często i bez sensu. Bieganie ultra bez przygotowanie.

Mnie takie coś nie kręci. Nie wiem jeszcze, jakie będę miał ambicje stając na linii startu mojego pierwszego ultra, ale nie chciałbym biec ze świadomością, że ścigam się z limitem czasu. Bez względu jakie wtedy wyznaczę sobie cele, chciałbym mieć świadomość, że startuję po treningu, który przygotował mnie na walkę o spełnienie moich marzeń.

Jakiś czas temu spotkałem na treningu pewnego starszego pana. Biegliśmy kawałek razem i od słowa do słowa okazało się, że ma on na swoim koncie jakieś niesamowite ultra. Aż mi się głupio zrobiło, kiedy ja wspominałem o swoich startach, więc chcąc ratować sytuację zacząłem opowiadać o swoich planach na ultra. On na to: „Spokojnie, nie spiesz się. Dzisiaj wszyscy chcą biegać w górach, wszyscy chcą biegać ultra, a do tego potrzeba spokoju”. Wiem, że teraz mam czas na inne wyzwania.

Mam sobie jeszcze dużo do udowodnienia na asfalcie, życiówki do nabiegania, które uciekną bezpowrotnie, jeżeli teraz się z nimi nie rozprawię. Wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Zresztą, nie chodzi tutaj tylko o życiówki, ale o pewną progresję, która w moim odczuciu jest naturalna i logiczna. Dzieciaki w szkołach sportowych nie zaczynają biegać od krótszych dystansów dlatego, że ktoś ma takie widzi mi się tylko dlatego, że ma to sens. Porównywanie gibkich młodzików z zasiedziałymi ramolami może nie do końca jest zasadne, ale ja jednak dostrzegam w tym metodę.

Trening szybkościowy, mocny trening na krótszych dystansach, rozwija nasz aparat ruchu i przygotowuje go na coraz większe obciążenia. Wydaje mi się, że biegając mniej, ale bardziej intensywnie mam większe pole manewru do dopracowywanie wszelkich niuansów technicznych i wprowadzania korekt tam, gdzie coś nie gra, niż robiąc bardziej monotonny i większy objętościowo trening pod ultra. Wydaje mi się, że poprawianie się na krótszych dystansach i przechodzenie na coraz dłuższe, to odpowiednia kolej rzeczy. Wierzę, że jeżeli teraz odpowiednio się „napędzę”, to mogę uzyskać satysfakcjonujący poziom na dystansach od piątki po maraton i nabiegać wyniki, które później mogłyby być już poza zasięgiem. Mogę wejść na poziom, który przełoży się również na starty w ultra, a nie jestem pewien, czy działa to również w przeciwnym kierunku.

13962591_1052011548201984_3424777649653531946_n

W książkach i artykułach o treningu, które czytałem powtarzało się stwierdzenie, że na bieganie należy patrzeć w wieloletniej perspektywie i oprócz celów na dany sezon, wyznaczać sobie również założenia długoterminowe – myśleć o tym, jakimi biegaczami chcemy być za 5, 10, 15 lat.

Ja mam w tej chwili 30 lat i czuję, że jest to idealny moment do walczenia na dystansach od 5 km do maratonu. Czuję, że mój organizm jest właśnie teraz przygotowany na takie bieganie i jeżeli teraz będę słuchał tego instynktu, to później również to zaprocentuje. Dzisiaj skupiam się na szybkości, a o ultra myślę w 5-10 letnie perspektywie, kiedy jako 40-latek z nie byle jakimi wynikami z asfaltu, będę mógł wejść w ultra i biegać na poziomie, który zapewni mi satysfakcję.

Może jednak się mylę? Nie mam przecież monopolu na prawdę, a moja racja nie jest lepsza tylko dlatego, że jest mojsza niż twojsza. Może niepotrzebnie się rzucam na, co prawda niedoszłych, ale rozentuzjazmowanych ultrasów? Sam swój pierwszy maraton pobiegłem bez odpowiedniego przygotowania i chociaż dzisiaj patrzę na to z pewnym przerażeniem, to nie żałuję. Cieszę się jednak, że z całego tego rozochocenia nie zapisałem się przez przypadek na żadne ultra. Wszystko ma swoją porę, a dla mnie jeszcze nie nastał czas na ultra. Kiedy jednak przyjdzie, ja będę gotowy.

 

Reklamy

5 thoughts on “Dlaczego nie biegam ultra… jeszcze?

  1. Sądzę, że osoby biegające „pod limit” w ultra mają po prostu inne spojrzenie na bieganie. Nie traktują tego jako sport, łamanie trójek w maratonie itp, co wiąże się z trudnymi treningami interwałowymi, progowymi itd. które są o wiele bardziej wymagające niż nawet luźne 40 km wybiegania. Dodatkowo mieszkając w dużych miastach mają już pewnie po dziurki w nosie ulic i widoku miejskiej zabudowy, dlatego bieganie miejskich maratonów ich nie kręci. Bieganie ultra jest po prostu dobrą zabawą okazją spotkania się z innymi ludźmi, pogadania, po przebywania na łonie natury. Biegacz lecący w maratonie, pilnujący tempa nie ma czasu i siły jeszcze gadać z innymi, w powolnym ultra jeszcze zdąży się zrobić zdjęcia. Tak jak ktoś wyżej napisał ” Szczęśliwi biegają ultra…” a że czasem nie zmieszczą się w limicie, co z tego, krajobrazów, ludzi,miło spędzonego weekendu i wspomnień z biegu to im nie zabierze.

  2. Dokładnie Bartosz… ktoś mnie po maratonie w Rzymie zapytał, jak mi się podobał Plac Św.Piotra koło którego przebiegaliśmy, a ja nie zwróciłem na niego wogóle uwagi… pilnując tempa.. 😛

    1. U mnie jest trochę inaczej. Biegnąc na życiówkę oczywiście pilnuję tempa i skupiam się na celu, ale jednocześnie potrzebuję pewnej odskoczni, żeby za bardzo nie skupiać się na zmęczeniu, więc wtedy przerzucam uwagę na otoczenie 🙂

      Jeżeli zaś chodzi o mądre wyznaczanie sobie celów, to bardzo fajnie ujął to na Facebooku jeden z czytelników: „Stawiajmy sobie cele, które rozwiną nasze umiejętności i staną się naszym sposobem na życie.”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s