V Eko-Okna Cross po Ziemi Pietrowickiej

Druga sobota stycznia i drugi start w tym roku, czyli mocne wejście w sezon. Tym razem biegany był Cross w Pietrowicach Wielkich pod Raciborzem organizowany przez znanego wszystkim okolicznym biegaczom Roberta Antczaka. Można więc powiedzieć, że to impreza organizowana przez biegacza dla biegaczy, chociaż oprócz niepowtarzalnej atmosfery, a jest naprawdę rodzinnie, bieg jest również dopięty na ostatni guzik pod względem organizacyjnym.

Muszę to napisać, bo chociaż są to sprawy proste i podstawowe, to często coś umyka, a u Roberta wszystko było dograne i byłem naprawdę pod wrażeniem.Za przystępne wpisowe dostajemy wszystko, czego może zapragnąć biegacz: rozbudowane i wygodne zaplecze (szatnie, stołówka, sala gdzie odbywała się dekoracji, masaże i „poczekalnia” dla kibiców), sprawnie działające biuro jak i strefę startu/mety, dobrze oznaczoną i zabezpieczoną trasę, medal, ciepły posiłek, losowanie nagród… pewnie jeszcze o czymś zapomniałem, ale było naprawdę świetnie!

Jeżeli chodzi o sam bieg, to oczywiście miałem lekko podjudzoną ambicję po zajęciu tydzień wcześniej 6. miejsca podczas Biegu Nadodrzańskiego, ale z drugiej strony nie napalałem się zbyt mocno, bo wiedziałem, że takie wymagające biegi crossowe nie są moją najmocniejszą stroną. Celowałem w miejsce w dziesiątce, przy okazji licząc, że uda się może załapać na pudło w kategorii wiekowej.

1484403335dsc04003

Ustawiłem się z przodu stawki i czekając na start usłyszałem jeszcze, że kluczowy będzie podbieg na 6-7 kilometrze. Zapamiętałem to sobie jako istotną informację. Odliczanie i ruszyliśmy ostro. Najpierw bardzo szybko w dół za szkołę, a później już dużo wolniej pod stromy podbieg, żeby domknąć małą pętelkę i wbiec między pola.

Biegłem ciągle w okolicach dziesiątej pozycji, utrzymując kontakt z paroma zawodnikami. Teren był rzeczywiście mocno pagórkowaty, więc nawet nie patrzyłem zbyt często na Polara, bo i tak nie było możliwości, żeby trzymać równe tempo, ale pierwsze dwa kilometry pobiegłem po 3:50 i 3:53, a następne dwa po 3:42 i 3:43, więc tempo było mocne, a mi udało się wyjść na 7. miejsce. Wtedy jednak skręciliśmy w lewo i dostaliśmy po ryju wiatrem, a tempo automatycznie siadło do 4:14.

Przeciwny wiatr mocno dał mi w kość. Znowu byłem 10 i podobnie jak tydzień wcześniej biegłem w 4-osobowej grupie. 6 zawodnik był kilka metrów przed nami. Zaczęła mnie męczyć lekka kolka, czułem się wycieńczony i już po głowie obijała mi się myśl, żeby odpuścić i wtedy biegnący obok Mariusz Rębisz powiedział, że ten w niebieskim przed nami na 6. miejscu jest w mojej kategorii wiekowej. „Goń go!”

W pierwszej chwili chciałem powiedzieć, że nie dam rady, ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, nogi zaczęły szybciej się obracać. Wyprzedziłem dwóch zawodników i siadłem „niebieskiemu” na plecach. Oddychało mi się ciężko, kolka ciągle męczyła, biegliśmy wąską ubłoconą ścieżką… a ja zebrałem się na atak! Byłem z przodu i teraz musiałem to już „tylko” utrzymać.

Kiedy podłoże zrobiło się trochę wygodniejsze przyśpieszyłem lekko, żeby chociaż trochę uciec, ale tym razem to Czech w kolorowej koszulce siadł mi na plecach. Tempo skoczyło znowu do 3:57 i 3:51/km, a ja mijając tabliczkę z cyferką 8 przypomniałem sobie słowa o decydującym podbiegu – czyli teraz już z górki do mety! Dam radę! Kiedy jednak wybiegliśmy zza kolejnego zakrętu wyrósł przede mną długi i stromy podbieg, który chyba przesunął się o parę kilometrów. Tak, on miał być decydujący.

Widziałem jak dwaj biegacze przede mną mozolnie się na niego wdrapują, ale nie zamierzałem nawet ich atakować, tylko skupić się na obronie swojej pozycji. Czułem, że tracę na tym podbiegu, a on im byłem wyżej tym stawał się bardziej stromy. Rywale się zbliżali, a ja miałem już płuca na wierzchu i ogień w mięśniach.

Biegłem bez muzyki, ale w głowie i tak niczym mantra rozbrzmiewały słowa piosenek znane z treningów:

„Po prostu walcz, walcz, walcz. Nawet gdy czujesz strach albo już nie masz sił, musisz dotrwać do końca choćbyś miał tu paść na ryj.”

W końcu jednak dobiłem do wierzchołka i pognałem przed siebie, starając się wyrównać oddech. Kiedy za kolejnym zakrętem zobaczyłem tabliczkę z 9 powtarzałem już sobie tylko, że teraz nie mogę odpuścić… Ale rywale też nie zamierzali się poddawać. Do mety została już tylko długa prosta, ale trzeba się było na niej jeszcze zmierzyć z paroma łagodniejszymi dołami, a ja ciągle czułem za sobą ciśnienie. W końcu zobaczyłem linię mety i ciężko dysząc dodałem jeszcze trochę gazu i wdrapałem się na ostatni krótki podbieg. Na tym ostatnim kilometrze tempo znowu skoczyło do 3:46, czyli zero odpuszczania.

1484398413foto4171

Zaraz za metą zatrzymałem się z trudem łapiąc powietrze, a parę sekund za mną wpadł „niebieski”. W tamtej chwili nie było dla mnie nawet najważniejsze miejsce, które zająłem, ale satysfakcja z walki jaką rozegraliśmy. W takich momentach można poczuć prawdziwego ducha sportu.

Z czasem 39 minut i 9 sekund, z którego jestem bardzo zadowolony, bo trasa była naprawdę wymagająca, a wynik wyraźnie poniżej czterdziestki, zająłem 6. miejsce OPEN na 220 zawodników, którzy ukończyli bieg i 1. miejsce w kategorii M30 (dwóch zawodników było jeszcze w czołówce, ale zgodnie z regulaminem kategorie się nie podwajały). Pełne wyniki TUTAJ. Ogromna satysfakcja i jednocześnie bodziec i motywator do jeszcze intensywniejszych treningów 😀

Myślę, że ten start najlepiej podsumowują słowa, które napisałem na Facebooku: Płuca na wierzchu, w mięśniach ogień, bardzo trudna trasa i wiatr w twarz, ale chyba najlepsza walka jaką do tej pory stoczyłem 😀 Atak w momencie, kiedy myślałem, że nic już z siebie nie wyduszę i świetne ściganie aż do samej mety! Esencja biegania. W moim odczuciu był to bardzo ważny start, który po raz kolejny pokazał mi, że jeżeli tylko nie będę myślał o limitach i nie będę wyznaczał sobie granic, to stać mnie na więcej, niż się spodziewam. Tym razem był to impuls od Mariusza Rębisza – „Dajesz Ignac! Goń go!”, który w momencie kryzysu sprawił, że zamiast odpuścić przyśpieszyłem. Sami spójrzcie jak często zmęczenie i ograniczenia siedzą tylko w naszych głowach – musimy po prostu nauczyć się je przezwyciężać.

501331_1484423990_40995600

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s