12 PZU Półmaraton Warszawski

Ostatnia prosta, widzę już linię mety i wiem, że jest dobrze, ale mimo to jeszcze dokręcam tempo, jeszcze wyprzedzam parę osób. Mam jeszcze trochę rezerwy, żeby to zrobić chociaż ostatnie kilometry nie były łatwe. Jeszcze trzysta, dwieście, stówka i ŻYCIÓWKA! Nowa piosenka Mezo rozbrzmiewa w moich uszach kiedy wbiegam na metę i patrzę na zegarek.

9 (Copy)

Sobota

Start w Warszawie był dla mnie sprawdzianem formy przed Maratonem Wiedeńskim i chociaż minęły od niego już trzy tygodnie i trochę głupio teraz pisać relację, to mimo wszystko chcę jeszcze wrócić myślami na tamtą trasę i dobrze się nastroić przed startem docelowym. Być może podświadomie odkładałem pisanie tej relacji, żeby móc sobie przypomnieć ten bieg bliżej Wiednia i przywołać w sobie wiarę we własne siły.

Oprócz sprawdzianu formy była to też okazja do przetestowania kwestii logistycznych – dojazd, nocleg, jedzenie, aktywność dzień przed starem. Tak więc wyjechaliśmy rodzinną ekipą w sobotę rano, ale bez napinki i bez zrywania się bladym świtem, bo przecież ta godzinka nikogo nie zbawi, a warto porządnie się wyspać. Pięć godzin drogi do stolicy zleciało dosyć szybko chociaż podróż była jednak trochę męcząca.

Szybko skierowaliśmy się na Stadion Narodowy, gdzie udało nam się zgubić, zwiedzić rzekomo niedostępne trybuny i inne zakamarki, żeby w końcu w asyście ochroniarza dotrzeć do biura zawodów. Teraz czas już trochę naglił, bo mieliśmy zaplanowane jeszcze inne atrakcje, więc szybko odebrałem pakiet, skoczyłem jeszcze na stoisko Minimali, gdzie byłem umówiony na przymiarkę testowej pary kapci i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Głód zaczynał doskwierać, więc na szybko trzeba było coś skołować – padło na kebaba… wybór nie do końca idealny i trochę obawiałem się reakcji, ale ostatecznie wszedł dobrze i nie zalegał na żołądku. Pilnowałem tylko, żeby się nie obżerać.

Dalej polecieliśmy do dwóch zarezerwowanych Escape Roomów – zabawa, w którą od pewnego czasu jesteśmy mocno wkręceni i taki wypad to idealna okazja, żeby odwiedzić chociaż parę pokoi. Okazał się to strzał w dziesiątkę, bo mogłem się dobrze zabawić, trochę poruszać i przy okazji oderwać myśli od startu. W Pokoju Rycerskim udało nam się nawet zaliczyć bardzo dobry występ 😉

17425122_1135948473184271_6494114806559162308_n

Zaliczyliśmy jeszcze wieczorny spacer po Warszawie i nie ukrywam, że kiedy mijaliśmy strefy startowe, to emocje zaczynały we mnie buzować i głowa już biegła. Atmosfera się udzielała.

Powrót do hostelu i koło 23 uderzyłem w kimono 😉

Przed startem

Niedzielny poranek to spokojna pobudka, kawa i moje sprawdzone przedstartowe śniadanie – chleb/bułki z dżemem. Zebrałem potrzebne graty i razem z Agnieszką pojechaliśmy na linię startu, kiedy reszta naszej ekipy jeszcze dosypiała 😉

Było naprawdę zimno i miałem spory dylemat co na siebie włożyć, żeby się nie przegrzać w czasie biegu, ale też nie przeziębić na kilka tygodni przed maratonem. Co do krótkich spodenek nie miałem wątpliwości, a jeżeli chodzi o górę, to wybór w końcu padł na podkoszulek termo i koszulkę z krótkim rękawkiem i chociaż później wyszło słońce, to był dobry wybór.

Stojąc na linii startu kawałek przed zającem na 1:25 byłem zdziwiony tym jak jest luźno! Byłem przygotowany na tłok, ścisk i łokciowanie podczas gdy w rzeczywistości było sporo wolnego miejsca.

W uszy wciśnięte miałem już słuchawki. Podkręciłem muzykę i w całości skupiłem się na kilometrach, które już na mnie czekały.

Po życiówkę

Startujemy! Pierwszych parę kilometrów napędzanych jest oczywiście emocjami, więc biegnie się lekko, ale szybko zaczynam odczuwać słabe rozgrzanie organizmu i zając z chorągiewką 1:25 zaczyna niebezpiecznie się zbliżać. Zachowuję jednak spokój. Wiem, że muszę złapać rytm, rozruszać mięśnie i będzie dobrze. Skupiam się na ładnym krajobrazie Krakowskiego przedmieście i podziwiam mijane budynki.

Na ul. Belwederskiej, koło 5 kilometra, jest spory zbieg i tam wskakuję na odpowiednie przełożenie! Nogi się nakręcają, w mięśniach czuję luz i lecę przed siebie 🙂 Na piątce łapię średnie tempo 3:54/km. Trochę za szybko, ale biegnie mi się bardzo dobrze, więc nie zamierzam zwalniać.

Wbiegamy w Łazienki Królewskie, zmiana krajobrazu i niby ciekawie, ale mi jakoś biegnie się tutaj gorzej. Nie zwalniam jednak. Aż do Mostu Świętokrzyskiego skupiam się na tym, żeby nie szarpać tempa, bo to później się zemści, a czuję moc, do tego wzdłuż trasy mnóstwo kibiców, więc łatwo dań ponieść się fantazji.

2

Jest most, i wyłania się Stadion Narodowy. Zaczyna się trochę trudniejszy fragment, bo dostajemy przeciwny wiatr. W nogach daje o sobie znać już lekkie zmęczenie, a głowa chce się buntować, ale odganiam szybko wszelkie negatywne myśli i skupiam się na TU i TERAZ. Od kilometra do kilometra. Wiem, że fizycznie jest dobrze i jeżeli ogarnę się mentalnie, to dowiozę wynik do mety. Średnie tempo ciągle w okolicach 3:55/km.

5 (Copy)

Dobiegamy w końcu do 17-18 km i Mostu Gdańskiego. Na tych kilometrach w półmaratonie zmęczenie czuć już wyraźnie, a przed nami podbieg. Żadne góry! Ot, trochę wyraźniej zaznaczony wbieg na most, ale trzeba zachować skupienie, bo można tutaj zepsuć bieg. Staram się trzymać tempo, równy oddech i nie gubić rytmu. Górka trochę idzie w nogi, ale na górze czuję się dobrze i wiem, że teraz nie ma odpuszczania. Teraz czas na mocny długi finisz.

Nie wiele pamiętam z tych ostatnich paru kilometrów. Tutaj już nie było mowy o podziwianiu krajobrazu. Czułem już metę i cisnąłem ile się dało. Cała pozostała energia i siła psychiki teraz zostały zaprzęgnięte do walki…

Ostatnia prosta, widzę już linię mety i wiem, że jest dobrze, ale mimo to jeszcze dokręcam tempo, jeszcze wyprzedzam parę osób. Mam jeszcze trochę rezerwy, żeby to zrobić chociaż ostatnie kilometry nie były łatwe. Jeszcze trzysta, dwieście, stówka i ŻYCIÓWKA! Nowa piosenka Mezo rozbrzmiewa w moich uszach kiedy wbiegam na metę i patrzę na zegarek.

Średnie tempo 3:55/km i nowa życiówka, którą przed biegiem brałbym w ciemno – 1:22:19 😀

Na mecie oczywiście odczuwam zmęczenie, ale jest naprawdę dobrze. Nie jestem zajechany i spokojnie zaliczamy jeszcze spacer po Warszawie 😉

Druga połówka…

… a w zasadzie dwie, czyli jakie wnioski przed startem docelowym tej wiosny – Vienna City Marathon. Wnioski oczywiście pozytywne 🙂 Czuję do Maratonu duży respekt, więc nie lubię zbyt dużo planować ani tymi planami się chwalić. Ten dystans wszystko weryfikuje po swojemu. Nie sposób jednak całkowicie uciec od jakichś założeń i wiem, że chcielibyście usłyszeć po prostu na ile biegnę 😉

Trening przez ostatnich kilka miesięcy przebiegał bardzo dobrze, w zasadzie bez większych zaburzeń w planie. Ostatnich parę tygodni również. Fizycznie nigdy nie czułem się tak dobrze przygotowany, a psychicznie również czuję się mocny i mam wiarę we własne siły. Szczególnie ostatnia nabiegana trzydziestka dodała mi jeszcze tej wiary… Tak więc, jakie założenie? Chcę złamać trójkę. Kropka.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s