IV Bieg Nadodrzański

Po krótkim roztrenowaniu przyszedł czas na powrót do regularnych treningów i pierwszego w tym sezonie startu. Sezonie, to dużo powiedziane, bo tak naprawdę w treningu jestem dopiero parę tygodni i dopiero wchodzę w rytm. Niemniej start warto było zaliczyć jako przetarcie i okazję do nabicia solidnych kilometrów. Takie też właśnie było moje założenie – nie napalałem się na żaden konkretny rezultat, ale odpuszczać też nie miałem zamiaru. Chciałem mocno pocisnąć, żeby wiedzieć na czym stroję i na co mnie stać na początku przygotowań do sezonu.

Pogoda w tym roku różniła się diametralnie od tej z zeszłego, kiedy doskwierał nam siarczysty mróz. Wiosennie może nie było, ale na pewno o wiele cieplej i jedynie wiatr przeszkadzał. Jako jeden z nielicznych zdecydowałem się biec ubrany „na krótko” i chociaż nie powiem, że było przyjemnie, to myślę, że była to słuszna decyzja.

Pierwszy odcinek ścieżką rowerową biegnie mi się całkiem dobrze, nie wiem jakie jest tempo, bo nie włączyłem Polara, ale czuję, że lecimy dosyć mocno. Szybko jednak dobiegamy do pierwszego mostu, pod którym trzeba się przeprawić na pałę w błocie i chaszczach. Wyprzedza mnie parę osób i kiedy wybiegamy na asfalt dociskam i gonię.

Zanim znowu wbiegniemy na nadodrzańskie wały musimy pokręcić trochę po uliczkach między domami. Z jednego podwórka nagle wybiegają dwa psy i zmuszają mnie, żebym wyhamował do zera. Samo ich ominięcie nie zajęło dużo czasu, ale mocno wybiło mnie z rytmu. Napieram dalej!

Wbijamy się z powrotem na wały i, jakżeby inaczej, dostajemy wiatr w twarz. Nie ma wichury, ale męczy solidnie. Wydaje się, że stawka mniej więcej się uformował i równo biegniemy przed siebie. Czuję oddech rywali na plecach, więc też nie zwalniam tempa.

I w ten sposób dobijamy do kolejnej dzikiej przeprawy pod mostem. Rywale cisnął na pałę, ja jednak boję się skręcenia na wybojach i mocno zwalniam. Znowu wyprzedza mnie parę znajomych twarzy. Wracamy na wały, a ja znowu gonię. Zmęczenie daje już się we znaki, bo jesteśmy na 7. kilometrze, ale nie zamierzam odpuszczać. Wiem, że walczymy o dziesiątkę.

Pierwszego z dwójki biegaczy, których wziąłem na celownik udało mi się zgubić i dogoniłem kolejnego – Arka z Dystans Lubomia. Do ostatniego zakrętu biegliśmy łeb w łeb, co chwila zmieniając się miejscami i w ten sposób napędzając do walki. Niestety fatalnie wszedłem w ów ostatni zakręt, co Arek bezlitośnie wykorzystał i na odstawił mnie na ostatnie prostej, ale tych parę wspólnie przebiegniętych kilometrów, to było pierwszorzędne ściganie dla jakiego warto startować!

foto1

Ostatecznie przekroczyłem linię mety jako 10. zawodnik w prawie 500 osobowej stawce z czasem 36 minut i 9 sekund na dystansie 9,6 km. Wynik lepszy niż się na tą chwilę spodziewałem i pokazuje, że jest moc w nogach i można optymistycznie patrzeć w przyszłość. Pozostaje jedynie trzymać kciuki za to, żeby trening wchodził bez zakłóceń!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s