Kwiecień plecień

czyli podsumowanie miesiąca

Po słabym marcu, kiedy męczyła mnie infekcja oskrzeli miałem nadzieję, że uda się odkuć podczas kwietniowych startów. Treningi szły mniej więcej planowo, chociaż ciągle czułem jak mnie przydusza na mocniejszych akcentach. Cała ta sytuacja mocno mnie dołowała, bo czułem, że nie wykorzystuję formy, którą wypracowałem przez zimę. Na kolejne treningi wychodziłem bez większego entuzjazmu, a kiedy traci się zapał i wiarę, to znak, że trzeba popracować u podstaw.

Mój stan na tamtą chwilę znalazł swoje idealne odzwierciedlenie w moim starcie w Biegu Częstochowskim. Jechałem na niego bez energii, bez chęci walki i z zerową przyjemnością.

Mimo wszystko zacząłem mocno, stawiając wszystko na jedną kartę, ponieważ pamiętałem, że trasa wokół Jasnej Góry z jednej strony jest ciężka, ale jednocześnie, jeżeli wytrzyma się trudniejsze momenty, to można nabiegać solidny wynik. Pierwsze kilometry weszły w nogi nawet całkiem przyzwoicie, ale podbieg pod Jasną Górę mnie niestety zmiażdżył. Zacząłem się dosłownie dusić, a oskrzela znowu zaczęły rzęzić. Przez chwilę myślałem jeszcze, że przetrzymam i za chwilę dojdę do siebie, ale nic z tego. Na 5. kilometrze stanąłem. Zatrzymałem się i łapałem oddech jak topielec. Nie zszedłem z trasy, bo nie miało to sensu, ale wykręceniu jakiegokolwiek przyzwoitego wyniku mogłem zapomnieć, szczególnie że ciągle ciężko się oddychało, więc po prostu dotruchtałem do mety.

Nie ukrywam, że złapałem lekką załamkę. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego. Mimo to dalej robiłem swoje, starając się nie myśleć już za dużo o nadchodzących startach i wynikach. 

Na szczęście sytuacja z moim oddechem niedługo się unormowała i mogłem już trenować normalnie. W końcu kręciłem tempo i nie świszczałem przy tym jak gruźlik. Wraz z poprawą wróciła również radość z biegania i urósł apetyt na szybkie starty.

Kolejny bieg czekał mnie w Cieszynie, który wspominam bardzo dobrze, ponieważ to właśnie tam trzy lata wcześniej pierwszy raz złamałem czterdziestkę na dychę. Możecie wierzyć albo nie, ale nie napalałem się na wynik i na starcie stanąłem nastawiony po prostu na mocny bieg. Nie było może upalnie, ale słońce grzało niemiłosiernie i nie powiem, żeby biegło się łatwo. Wystartowałem mocno i pierwsza piątka weszła po 3:49/km, a na drugiej połówce, kiedy musiałem walczyć z uporczywą kolką tempo spadło i ostatecznie dobiegłem w 39:04.

Wynik bez szału, ale to już solidne bieganie i jestem z niego usatysfakcjonowany. Nie był to czas wyszarpany z czeluści, ale nabiegany mocno i pewnie. Z Cieszyna wróciłem już w o wiele lepszym nastroju i optymistycznie patrzę w kierunku kolejnych startów, a w maju czeka kilka ciekawych biegów. Trzymajcie więc kciuki i do zobaczenia na trasie!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s