Siła przyzwyczajenia

Robię spokojne rozbieganie. Pogoda jest ładna, świeci przyjemne słońce, lekko wieje wiatr. Biegnie mi się trochę ciężko, ale to nie szkodzi, bo dzień wcześniej biegałem akcent, więc to normalne. Tylko ciągle czuję, że chce mi się sikać. Zatrzymuję się przy takich biało-czerwony słupkach blokujących wjazd na wały i szybko załatwiam sprawę. Teraz za każdym razem, jak tamtędy przebiegam, to chce mi się sikać. Nawet jak mi się nie chce. I mam przemożną ochotę chociaż na chwilę się zatrzymać.

Tak, jestem niewolnikiem przyzwyczajeń. Zmagam się z tym w różnych codziennych sytuacjach i nie pozostaje to bez wpływu na moją aktywność sportową. Do pracy zawsze chodzę tą samą drogą, autem jeździmy tą samą trasą. Prześcieradło zawsze układam na łóżku tak, żeby metka była w prawym dolnym rogu. Długo mógłbym wymieniać podobne rytuały, których zaburzenie może skutecznie naruszyć integralność mojego dnia. Taki dzień świra.

--YktoAUGh0dHA6Ly9vY2RuLmV1L2ltYWdlcy9uZXdzd2Vlay13ZWIvWmpNN01EQV8vOWM0MDdjMzY3YjRiMzBkYTUyOTZlZjMwOWM2NDEzZDIuanBnkZMCAM0EGg

Z bieganiem jest podobnie. Mam swoje zestawienia ciuchów i przedstartowe rytuały, ale to chyba akurat nie jest aż tak nienormalne. Wbrew temu, co często się sugeruje, ja rzecz jasna nie za bardzo lubię zmieniać trasę, a nawet zazwyczaj biegam w tym samym kierunku… no chyba, że wiatr wyjątkowo przekonywująco bije po mordzie, wtedy zawracam i uciekam w przeciwną stronę.

Sądzę jednak, że w kontekście uprawiania sportu siła przyzwyczajenia ma też inny, poważniejszy wymiar, który zresztą nie ogranicza się do takich świrów jak ja. Mam na myśli sztukę nieodpuszczania. Kiedyś Marcin Nagorek pisał trochę o tym na łamach Biegania, ale ja znam to z autopsji.

Bieganie, szczególnie mocnych akcentów, przy których wypluwamy płuca, a mięśnie parzą żywym ogniem, chociaż daje dużo satysfakcji, to jednak ciężko nazwać przyjemnym. Kiedy tempo utrzymuję już tylko siłą woli, a metry mijają tak powoli, mam ochotę odpuścić, zatopić się w muzyce i potruchtać w siną dal. Tak łatwo jest wrzucić na luz. Celowo używam słowa luz, bo cokolwiek byśmy sobie wmawiali, to trening wymaga spiny. A kiedy już raz odpuścisz, to następnym razem będzie kusiło jeszcze bardziej, a tobie jeszcze trudniej będzie się spiąć i można z łatwością zacząć coraz szybciej staczać się na tym luzie z górki.

Wyobraź sobie, że leży przed tobą na stoliku tabliczka pysznej czekolady, na której widok aż cieknie ci ślinka. Już czujesz jak delikatnie roztapia się w buzi i słodka błogość rozlewa się po ciele. Ale twoje zadanie, to oczywiście tej czekolady nie zjeść. Myślisz, że będzie łatwiej jak w ogóle jej nie ruszysz, czy może jak jednak skusisz się na jedną malutką kostkę?

W tym właśnie upatruję, przynajmniej częściowej, przyczyny moich startowych niepowodzeń w tym sezonie. Treningowo niby wszystko szło dobrze, a starty jednak nie siadały. Wydaje mi się, że to moja marcowa próba na dychę we Wrocławiu negatywnie mnie zafiksowała, a później negatywne nastawienie już tylko się nawarstwiało i spirala nakręcała się coraz bardziej. W pewnym momencie czułem, że forma naprawdę jest mocna, a jednak nic z tego nie wyszło.

30264438_1656856201059011_6558355601464754176_n

W tym tygodniu ze względu na różne okoliczności trochę posypał mi się plan treningowy i jeden akcent nie wyszedł. Nie to, że w ogóle wypadł. Podszedłem do niego, ale po prostu nie dałem rady go nabiegać. Osiem kilometrówek na czterystumetrowych przerwach. Nie był jakiś przerażająco ciężki i myślę, że powinienem dać mu radę, ale tamtego dnia zabrakło mi sił, energii i samozaparcia. Cóż, zdarza się, nie ma się co przejmować. Czułem jednak jak wewnątrz tli się iskierka niepokoju, bo od kilku tygodni udawało mi się wszystko wybiegać bez większych zakłóceń, a tutaj takie coś. Odpuściłem te kilometrówki w połowie i już widziałem jak w głowie tworzy się nowy schemat przyzwyczajenia. Nowy wzór według którego zamiast cisnąć do samego końca w połowie daję sobie spokój i wrzucam na luz.

Dwa dni później miałem biegać bieg ciągły, który teoretycznie wchodzi mi o wiele trudniej niż interwały, ale wiedziałem, że muszę go zrobić za wszelką cenę, nie mogę poddać się nowemu przyzwyczajeniu, tylko muszę utrzymać to stare, w którym walczę i nie poddaję się. Udało się! Ten trening był dla mnie równie ważny pod względem psychologicznym co i fizycznym.

W tym miejscu dochodzimy do pozytywnego aspektu siły przyzwyczajenia, bo wierzę, że może działać ona również na naszą korzyść. Skoro tak łatwo nauczyć się odpuszczania, to przecież nieodpuszczanie tak samo koduje się w naszej psychice. Jeżeli podczas treningu walczysz, to podczas zawodów również nie poddasz się tak łatwo. Masz w sobie schemat nieodpuszczania, masz wypracowane przyzwyczajenie zwycięzcy.

IMG_8803

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s