XI Cieszyński Fortuna Bieg

W tym roku odpuściłem trochę startów na rzecz treningu, dlatego chyba bardziej przeżywam każdy bieg. Rok temu próbowałem i próbowałem i nic z tego nie wychodziło, a tym razem postanowiłem zaatakować dopiero pod koniec kwietnia w Cieszynie. Do tej pory skupiałem się przede wszystkim na mocnym treningu, na tym żeby odbudować formę i nabrać pewności siebie, a nie przejmować się kolejnymi startami. Z drugiej strony ciężko zbudować tą pewność siebie samymi treningami, bez weryfikacji formy na zawodach.  Był co prawda start w Tychach, ale to był rzeczywiście taki bieg na przetarcie, bez celowania w wynik. Dlatego też do Cieszyna jechałem mocno podekscytowany. Byłem nastawiony bojowo, ale jednocześnie nie chciałem się zbytnio napalać, pamiętając zeszłoroczne niepowodzenia.

Pogoda od rana średnia. Do biegania niby fajna, ale ponura i depresyjna. Pocieszałem się tylko tym, że w takich warunkach zazwyczaj udawało mi się nabiegać dobre wyniki. Na miejscu czekała już spora ekipa pod wodzą Kamila Fizjo Funk Kunerta. Rozgrzewka i jeszcze szybka „odprawa”. Plan jest taki, żeby od początku polecieć mocno po 3:45/km, czyli celować w okolice życiówki. Tydzień wcześniej sprawdzian 5x2km / 90 sekund przerwy w tempie startowym wyszedł bardzo dobrze, więc były podstawy, żeby tak właśnie pobiec. Ja jakoś nie do końca wierzyłem, że się uda. Trener wierzył.

Na starcie ustawiłem się w jednej z pierwszych linii, żeby nie dać się przyblokować i… ruszyliśmy. Bałem się trochę tych pierwszych kilometrów, tego jak zareaguje organizm, jak faktycznie będę czuł tempo. Ruszyliśmy oczywiście trochę mocniej niż zakładał mój plan, a ja trochę dałem się ponieść, ale szybko przejąłem kontrolę. Pierwszy kilometr w 3:39, ale kolejne już przyhamowałem świadom tego, że do mety jeszcze daleko.

59332383_903932959777076_2891055195469381632_n

Biegło mi się zadziwiająco dobrze. Oczywiście nie mogę napisać, że biegło się lekko, ale czułem, że cały czas kontroluję sytuację, czułem się pewnie w tym tempie. Na półmetku doping trenera podkręcił mi znowu lekko obroty, ale dalej trzymałem się ciągle założonego planu.

Z każdym kilometrem robiło się rzecz jasna coraz ciężej. Zarówno mięśniowo jak i oddechowo, ale ciągle bieg był pod moją kontrolą. Wiedziałem, że mogę dowieźć to tempo do mety. Już od paru lat nie czułem się tak na żadnym biegu – pewny swojego. Wymęczony, ale zadowolony z tego wysiłku. Czułem FORMĘ!

58961502_2355090664541305_4544072070568345600_n

Ostatni kilometr. Ostatnia prosta do nawrotu na stadion. Trener wrzeszczy do mnie jakby oszalał. Chciałby, żebym jeszcze przyspieszył, ale ja nie mam już z czego. Trzymam tempo, ale nie mam już mocy, żeby coś jeszcze urwać. Ile będzie tyle będzie, ale nie odpuszczę. Byle do mety.

Wbiegam na stadion. Widzę, że zegar pokazuje już 37 minut, ale nie widzę sekund. Zasuwam już siłą woli, na oślep. Trener podbiega tylko, krzyczy z uśmiechem czy widziałem zegar i znika. No właśnie rzecz w tym, że nie widziałem… 37 minut 23 sekundy.

58909897_904464063057299_8169802677811675136_n

Do życiówki zabrakło 5 sekund. Pewnie, że szkoda, ale przed startem nie wierzyłem, że w ogóle uda mi się do niej zbliżyć! Uczucie, że forma wróciła, że znowu stać mnie na mocne bieganie jest niesamowite. Od początku tego sezonu podkreślam, że nie chcę zbyt mocno fiksować się na wynik sam w sobie, bo to mnie spala. Chcę odbudować formę i znowu biegać mocno i szybko. I ten cel udało się osiągnąć. Teraz mogę dalej pracować i szlifować to, co już jest 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s