Bieg Fiata, czyli miało być tak pięknie

Minąłem znacznik drugiego kilometra. Trener, który od startu jechał obok mnie na rowerze, krzyknął, że jest idealnie i cofnął się do innych swoich zawodników. Spojrzałem na zegarek – początek trasy to taka szarpanina na krótkich podbiegach, ale średnie tempo wskoczyło na 3:41/km. Rzeczywiście idealnie. Coś jednak było nie tak. Przebiegłem jeszcze kilkaset metrów, po czym zszedłem na chodnik i oparłem się o słup. Dla mnie było już po biegu.

Chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak pewny swojej formy jak przed startem w Biegu Fiata w Bielsku-Białej. Zabrzmi to mało skromnie, ale byłem pewien, że w końcu po ponad dwóch latach nabiegam nową życiówkę na dychę. Chciałem w końcu zobaczyć te 36 z przodu na zegarze i czułem, że jest to w moim zasięgu.

Już podczas rozgrzewki miałem wrażenie, że coś nie do końca jest w porządku, ale miałem nadzieję, że uda się to rozbiegać. W oczekiwaniu na start honorowy cała ta moja pewność siebie nagle wyparowała. Może dla kogoś, kto patrzył z boku nie było to tak oczywiste, ale pierwszy kilometr, chociaż przebiegnięty zgodnie z założeniami, to był wywalczony. Jeżeli musisz walczyć już na pierwszym kilometrze, to dalej raczej lepiej nie będzie. Ja jeszcze miałem nadzieję, że to rozbiegam, że coś zaskoczy.

Drugi kilometr bez poprawy. Walka. Chciałem jeszcze oszukać sam siebie i potraktowałem słowa trenera: „jest idealnie”, jako sygnał – jest dobrze, dajesz, teraz będzie już tylko lepiej. Niestety nie było.

5ce1311f4ecee_p.jpg

Skurcze żołądka zmusiły mnie do zatrzymania się i mogłem tylko obserwować jak wyprzedzają mnie inni biegacze i pomachać na do widzenia marzeniom o nowej życiówce. Przynajmniej tego dnia. Łatwo się domyślić, że nie miałem ochoty wracać na trasę. Po co miałbym to robić? Po co szarpać się przez kolejne kilometry i zmagać z żołądkiem, walcząc o nic? Gdybym jednak zszedł z trasy, oznaczałoby to dla mnie całkowitą porażkę i, chociaż brzmi to może zbyt mocno, ale również moje prywatne upokorzenie. Tak właśnie bym się czuł. Dlatego potruchtałem dalej co jakiś czas się zatrzymując albo przechodząc do marszu. Było mi niedobrze, nie byłem w stanie biec nic szybciej niż luźnego rozbiegania.

Koło piątego kilometra na chodniku czekał mój zdezorientowany trener, który pewnie zastanawiał się, co się ze mną dzieje. Tego się nie spodziewał. Ja też nie. Zasugerował zejście z trasy, ale ja wolałem dotruchtać do mety. Chciałem mieć ten medal i zawiesić to wspomnienie obok innych, żeby patrzył na mnie ze ściany.

fiat_bfbb19_01_mta_20190519_115108_1

Jasne, że najchętniej zapomniałbym o tym biegu, ale to kolejne doświadczenie, które też czegoś mnie nauczyło. Nauczyło, że nawet kiedy jest forma, to wiele rzeczy, na które nie mamy wpływu może pójść nie tak. Nauczyło mnie również, że jakkolwiek pewny siebie bym się nie czuł, to muszę być skupiony na zadaniu. Jak biegam, to BIEGAM.

Przez chwilę miałem dosyć. Szybko ściągnąłem medal z szyi i schowałem go. Po powrocie do domu jednak od razu zawiesiłem go obok tego z Cieszyna i wszystkich pozostałych. A wieczorem zapisałem się na kolejną dychę, bo nie zamierzam odpuszczać. Było, co było, ale trzeba myśleć o przyszłości i skupiać się na następnych startach.

fiat_bfbb19_01_mkd_20190519_115124_1

PS

Osłabienie i żołądek nie odpuściły do końca dnia i trzymały jeszcze w poniedziałek, ale później na szczęście wszystko wróciło do normy.

Reklamy

Jedna myśl na temat “Bieg Fiata, czyli miało być tak pięknie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s