Nocą w Rybniku, czyli życiówka z atestem?

Nie lubię wieczornych ani nocnych startów. Cały dzień myślę tylko o biegu, jestem spięty. Jeść, nie jeść. Stać czy siedzieć. A może położyć się i spać? Do Rybnika zapisałem się już trochę w desperacji. Z poczuciem, że mam formę i potrzebuję tylko dobrej okazji, żeby nabiegać życiówkę. W tym roku Rybnicki Półmaraton Księżycowy pierwszy raz odbywał się na nowej trasie i z nowym dystansem w postaci interesującej mnie dyszki. Co dla mnie jednak było najważniejsze, to atest, który rozwiewał wszelkie wątpliwości.

Do Rybnika przyjechaliśmy jakieś dwie godziny przed startem, który zaplanowany był na 22:00, a ja byłem w kompletnie nie bojowym nastroju. Fizycznie czułem się jakiś wymęczony, a psychicznie byłem już na wakacjach. Na szczęście szybko w tłumie wyłowił mnie trener. Delikatnie zasugerowałem, że może pobiegnę treningowo ciągły, co momentalnie wybił mi z głowy. Pomysł startu treningowego Kamil podsumował jako absurdalny i totalnie bezsensowny. Albo biegnę po życiówkę, albo spadam do domu. No to pobiegłem.

65501717_2328039667249554_7354065075495239680_n
foto: Dariusz Tukalski

Okoliczności do ataku na życiówkę były rzeczywiście idealne. Świetna pogoda, brak wiatru, a przede wszystkim grupa, której mogłem się trzymać i oczywiście wsparcie trenera, który całą trasę jechał obok mnie na rowerze.

Połówka i dycha startowały jednocześnie, a ja podczepiłem się Seby, który na dłuższym dystansie trzymał tempo w okolicach 3:40/km. Ruszyliśmy, a ja postanowiłem nawet nie patrzeć na zegarek. Seba biegł równo, Kamil tylko potwierdzał, że jest dobrze. Pierwsze trzy kilometry biegło mi się niezwykle luźno i swobodnie, ale wiedziałem, że taki stan długo nie potrwa i za chwilę zacznie się walka.

Wzdłuż trasy wspierało nas mnóstwo kibiców i to dodawało mocy. Przebiegnięcie przez rynek pełen ludzi stojących wzdłuż trasy, to było naprawdę niesamowite uczucie. Zbliżała się jednak już połowa dystansu i nogi powoli zaczynały to odczuwać. Wiedziałem też, że zbliża się moment, kiedy będę musiał podkręcić obroty i uciec grupie, więc głowa również zaczęła odrobinę protestować.

Na piątym i szóstym kilometrze miałem poważne wątpliwości i byłem już gotów odpuścić. Perspektywa zwolnienia i dotruchtania spokojnie do mety wydaje się w takich momentach bardzo pociągająca, ale udało mi się zwalczyć to uczucie, bo wiedziałem, że satysfakcja na mecie smakuje o wiele lepiej.

Minęliśmy znacznik siódmego kilometra. Zakręt w lewo i wybiegamy na szerszą ulicę. Trener krzyczy, że to ten moment. Mam ruszać. Na początku przyspieszyłem raczej nieśmiało, ale po chwili podkręciłem już bardziej zdecydowanie i zostawiłem grupę za sobą.

Męczyłem się okrutnie, ale ostatnie kilometry w biegu na dychę muszą tak wyglądać. Każdy kolejny krok to ogień w mięśniach i powolne podduszanie. Obawiałem się o to, czy nie za szybko zacząłem ten finisz. Do mety zostały w końcu jeszcze ponad dwa kilometry.

Po paru minutach mocnej pracy osłabłem i czułem, jakbym potykał się o własne nogi. Trener wydzierał się na mnie niemiłosiernie, ale Sebastian znowu biegł obok mnie. Nie zamierzałem jednak odpuszczać. Znowu podkręciłem i znowu lekko uciekłem. W oddali widać już było czerwone cyfry zegara, a ja wiedziałem, że biegnę dobrze, że to bieg, na który czekałem ponad dwa lata.

Minąłem w końcu zegar, ale nie widziałem niczego, co przypominałoby metę, więc… biegłem dalej. Po chwili jednak uznałem, że to musiało być to, a zmęczenie było zbyt wielkie, więc po prostu położyłem się na chodniku. Miałem to!

65651167_2402013453178064_8542236897118781440_n.jpg
foto: Tomasz Markiewicz

Leżałem wycieńczony, a nade mną stał Kamil razem z Tomkiem i potwierdzili, że rzeczywiście zrobiłem to. Miałem nową życiówkę! Pytanie tylko jaką dokładnie, ale wynik miał być naprawdę mocny. SMS i już wiemy… 36:07. Rewelacja, szkoda tylko, że atest trasy można włożyć między bajki.

Mój zegarek pokazał dystans 9,8km, a inni biegacze szybko zaczęli potwierdzać, że u nich też są niezgodności. Nie chcę teraz bawić się w wyliczenia i kalkulacje o ile trasa była niedomierzona i jaki czas mógłbym rzeczywiście nabiegać. Jestem zdania, że mogłem tego dnia zrobić życiówkę, ale niestety to już tylko teoretyczne rozważania. Jestem wkurzony, że organizator tak zawalił sprawę, bo był to bieg, na który czekałem. Był to start, kiedy byłem w naprawdę świetnej formie, a pozostałe okoliczności, na które nie mam wpływu, również ułożyły się po mojej myśli. Niestety, pomimo tego, że trasa posiada atest, nie mogę pochwalić się rzetelnym oficjalnym wynikiem.

W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego, jak pójść za radą trenera i… olać to. Olać to i dalej robić swoje. Ja wiem, że bieg był świetny, bardzo mocny i świadomość tej walki daje mi satysfakcję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s