Na pocieszenie

Miesiące przygotowań. Setki kilometrów pokonanych w słońcu i w deszczu. Czasami z wiatrem w plecy, ale częściej z wiatrem zacinającym w twarz, takim co to niby buduje charakter. Adekwatny kilometraż, tempo wyrzeźbione na zapierających dech w piersi interwałach, wytrzymałość zbudowana na solidnych biegach ciągłych. Widok ciebie wbiegającego na metę z uniesionymi rękami wyryty w pamięci na długich rozbieganiach. Miało być tak pięknie…

Kryzys. Bez iskry w oku nie ma zapłonu w mięśniach. Zamiast dnia konia, dzień świstaka. Znowu na starcie mi nie wyszło, ale przecież nie z mojej winy. Przygotowałem się najlepiej jak mogłem, więc z czystym sumieniem szukam winnych. Pogoda nie siadła, dopadła mnie choroba, ciężki tydzień w pracy. Ciężkie myśli i zjadła mnie presja, której chyba sam nigdy nie zdołam nasycić. Wymówek mogę wymyślić dziesiątki, ale jak znaleźć wśród nich pocieszenie?

114154-PKR19-4602-21-000101-pkr19_01_s01_20191013_121734.jpg

Powoli, lecz wytrwale rośnie we mnie myśl i utrwala się przekonanie, że w tym sezonie to już koniec. Nieśmiało macham na pożegnanie marzeniom o nowych życiówkach. Już pozbierałem z ziemi resztki mojego rozbitego ego, ale na trening wychodzę bez przekonania. Może by tak rzucić to wszystko w cholerę? Nie, nie bieganie w ogóle, ale całe to trenowanie, szarpanie i wyciskanie siódmych potów. Z tego pieca już nie będzie chleba.

Na co czekacie?! Niech mnie ktoś poklepie po plecach i powie, że jeszcze będzie moc i dobre ściganie. Na trenera nie ma co liczyć w tej kwestii. On zawsze wie jak dokręcić śrubę bez rozczulania się nad losem biegacza. A najgorsze są gratulacje pod naszym żenującym wynikiem. Takie już są facebookowe znajomości, że gratulujemy wszystkim wszystkiego, ale nie szkodzi, bo na Fejsie znajdziemy też ukojenie. Trzeba tylko dobrze poszperać.

Nerwowo przewijam ścianę i przez zaciśnięte zęby wyduszam z siebie gratulacje pod postami tych, którym się udało. Oni mnie jednak nie interesują, klikam dalej. Są! Są mi podobni nieszczęśliwcy, którym powinęła się noga, obcierał but, katar utarł nosa albo wiatr zbyt mocno smagał skronie. Są ci, którym zabrakło tchu, a nogi związał beton. Moi współtowarzysze niedoli, którzy zamiast walczyć z czasem, walczyli z natrętnymi myślami o zejściu z trasy. Złamani biegacze, którzy zamiast trzymać tempo, jak tonący brzytwy chwytali się myśli o mecie.

5928649269968896

To im szczerze gratuluję walki i na widok ich smutnych min na trasie szczerzę zęby w uśmiechu. W nich odnajduję bratnią duszę, ich uczucia rozumiem. W ich porażce znajduję pocieszenie i ukradkiem sobie myślę – jak fajnie, że wam też się nie udało. Dzięki wam nie będę aż taki ostatni.

Nie śmiej się bratku z czyjegoś upadku, bo ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Lecz ja nie śmieję się z was, ale z wami z nas, żebyśmy jeszcze w ogóle potrafili się śmiać. Śmiać, uśmiechać i bawić się sportem. Nie zapominajmy, że sport to zabawa, nie gonitwa, nawet jeżeli czasami trzeba się ścigać.

114154-PKR19-4602-21-000101-pkr19_01_jgl_20191013_112211_2.jpg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s