W Wodzisławiu pod górę

Po nieudanym starcie w Krakowie szybko poszukałem jakiejś połówki na pocieszenie, a jako że dwa tygodnie później odbywał się bieg w oddalonym o rzut kamieniem Wodzisławiu, to długo się nie wahałem, tylko szybko zapisałem. Teraz zastanawiam się, czy była to dobra decyzja. W ten sam weekend odbywał się półmaraton w Gliwicach na trasie, która z pewnością bardziej sprzyjała szybkiemu bieganiu. Z drugiej strony, wyniku w Wodzisławiu nie nabiegałem, ale trasa zdrowo mnie przeorała i w efekcie wstąpiła we mnie jakaś nowa energia. Zobaczymy więc, co przyniesie końcówka roku. Tymczasem wróćmy na chwilę na start.

Chociaż może zbyt wylewnie tego nie okazywałem, to zamierzałem powalczyć na tej połówce. Jednocześnie byłem świadomy, że na tej trasie może być ciężko. Biegłem w Wodzisławiu parę lat temu i wtedy wyszarpałem życiówkę na trasie, która również była uznawana za, mówiąc delikatnie, mało sprzyjającą. Od tamtej pory jednak wiele się zmieniło. Zamiast siedmiu kółek, które miały swoje plusy, trzy kółka. Ok, niech będzie. Na profilu sytuacja wyglądała do udźwignięcia. Jeden długi podbieg, jedna ścianka i lecimy.

Rzeczywistość jednak rozdała swoje karty i zweryfikowała te wszystkie teoretyczne rozważania. Już po pierwszych kilometrach nie byłem pewien, w którym miejscu na profilu się znajduję. Który podbieg za mną, a który jeszcze przede mną. Jedna wielka huśtawka, góra-dół, góra-dół.

O tyle o ile z paroma podbiegami jestem w stanie sobie poradzić, a nawet odegrać się później na zbiegu, to taka sinusoida rozkłada mnie na łopatki. Nie jestem typem siłowym, więc muszę się szarpać. Ciągłe zmiany tempa, ciężko wpaść w rytm, a walczyć trzeba nie tylko z trasą, ale i z coraz silniejszym wiatrem.

FB_IMG_1572260952015.jpg

Oczywiście szybko musiałem zweryfikować wszelkie założenia jeżeli chodzi o tempo. Przestałem w takich okolicznościach patrzeć na zegarek i skupiłem się na trzymaniu intensywności.

Wiedziałem, że nie nabiegam żadnego konkretnego wyniku, ale nie zamierzałem odpuszczać tego startu, więc wydzierałem dla siebie każdą sekundę i metr trasy. Pomimo zdecydowanie gorszego czasu na mecie (1:33:05), to bieg w Wodzisławiu był z pewnością bardziej udany niż ten w Krakowie. Nie było większych kryzysów i myśli o zejściu z trasy pomimo tego, że lekko nie było.

Na metę wbiegłem z uniesionymi rękami. Mam nad czym się zastanawiać. Na wynikach moje wydłużenie po ponad dwóch latach do półmaratonu wygląda kiepsko. Do życiówki nawet się nie zbliżyłem. Niemniej solidny trening został wykonany, forma została zrobiona i siedzi w nogach. Ze startami jest tak, że na sukces składa się wiele czynników, a część z nich jest poza naszą kontrolą i niestety nie zawsze wszystko się zazębia. Jednak fakt, że nie udało się nabiegać wymarzonego wyniku nie oznacza, że sezon był stracony, a cała wykonana praca poszła na marne. Pamiętajcie, FORMA siedzi w nogach i co wybiegaliście to wasze! Ja w tym roku chyba już nie będę miał okazji do sprawdzenia się na półmaratonie, ale zamierzam powalczyć jeszcze na krótszych dystansach. Jestem w dobrym treningu, czuję motywację, więc trzeba to wykorzystać.

FB_IMG_1572261066802.jpg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s