VIII Bieg Mikołajkowy

Jeżeli śledzicie moje poczynania, to wiecie, że po starcie w rybnickim Biegu Barbórkowym odczuwałem pewien niedosyt. Z jednej strony było dobrze, ale jednocześnie wiedziałem, że stać mnie na więcej. Trener dał zielone światło na łojenie startów, więc czym prędzej zacząłem szperać w kalendarzu biegowym w poszukiwaniu odpowiedniej imprezy. Od razu w oczy rzucił mi się Bieg Mikołajkowy w Kędzierzynie Koźlu. Bieg można powiedzieć, że po sąsiedzku, termin już za kilka dni, a do tego trasa wydawała się całkiem przyzwoita, więc żal było nie wykorzystać wypracowanej formy.

Już od połowy tygodnia pogoda zaczęła się psuć. Mroźny wiatr zrywał czapki z głów, a prognozy pogody nie zapowiadały poprawy, więc o biciu rekordów można było zapomnieć. Nie przekreślało to jednak szans na mocne bieganie. W środę machnąłem jeszcze krótki akcent – kilometrówki, a w czwartek i piątek musiałem odpuścić, ponieważ dogoniło mnie jakieś przeziębienie. Sytuację udało się szybko opanować, ale nogi zamiast złapać świeżość trochę się usztywniły. Nic to, trzeba biegać z tego co jest.

W sobotę wiatr na szczęście trochę osłabł, chociaż dalej dawał mocno się we znaki. Zresztą, nie to miało być moim największym problemem… Na starcie prawie 500 zawodników. Ustawiłem się w czubie i lecimy. Trasa wiedzie ulicami wokół rynku i ścieżką przez park. Tak pokręconą trasą jeszcze nie biegłem! Dosłownie zakręt na zakręcie, jak slalom. Ledwo udało się rozpędzić, a już trzeba było wykręcać. Ruszyłem mocno, w okolicach 3:45, żeby później nie mieć do siebie pretensji, ale szybko musiałem zweryfikować sytuację.

DSC_4662_1.jpg

Na krętej trasie nie potrafiłem złapać rytmu, szarpałem, co już na drugim kilometrze doprowadziło do paskudnej kolki, która trzymała mnie przez cały dystans. Oddech automatycznie zrobił się płytszy, a ciało usztywniło. Trzymanie jakiegokolwiek racjonalnego tempa stało się bardzo trudno. Możecie się również domyślić, że na tak pokręconej trasie GPS wariował, więc nie było szans na kontrolowanie tempa i pozostawało po prostu cisnąć przed siebie. Nie zamierzałem jednak odpuszczać.

Miałem świadomość, że nie walczę już o czas ani konkretne miejsce w klasyfikacji, ale miałem zamiar mimo wszystko pobiec mocno i pościgać się. Tym razem drugą połowę dystansu przebiegłem trochę wolniej, ale tutaj również była fajna zacięta walka. Udało mi się odeprzeć parę ataków i dogonić oraz wyprzedzić paru innych zawodników. Ważne, żeby nawet w sytuacji, kiedy wiesz, że nie osiągniesz zamierzonego wyniku, walczyć, ścigać się i nie odpuszczać. Ostatnie 1000-1500 metrów, pomimo tego że kolka mnie zginała, pobiegłem jeszcze mocniej, docisnąłem i przesunąłem się jeszcze oczko w klasyfikacji. Właśnie dzięki temu, stojąc za metą zgięty w pół, mogłem odczuwać satysfakcję ze średniego przecież czasu 39:16 i 24. miejsca / 486 zawodników.

P_20191207_144635_BF_p.jpg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s